Kolejne fotograficzne zapiski z weekendowego włóczenia po lasach, polanach i polach. Wspaniały czas spędzony na świeżym powietrzu i na ładowaniu baterii na cały tydzień.



Kolejne fotograficzne zapiski z weekendowego włóczenia po lasach, polanach i polach. Wspaniały czas spędzony na świeżym powietrzu i na ładowaniu baterii na cały tydzień.



Każda chwila ze słońcem i to jeszcze w weekend jest na miarę złota. Co prawda porywisty wiatr nie pomagał, ale musiałem spędzić ten wieczór w plenerze. Ostatnie promyki słońca malowały przypruszoną śniegiem okolice. Na szczycie górki zabrało się kilkanaście saren. Wydaje mi się, że to cały czas to samo stadko, które obserwuje od wczesnej zimy.



Po raz ostatni wracam do zdjęć z trzydziestego pierwszego grudnia. To z pewnością był punkt kulminacyjny poranka. Czerwono różowa poświata zaczęła się pokazywać nad horzyontem. Światło odbite kolorowało wodę w bagienku i całą okolicę.
Spieszyłem się, zrobiłem wiele kadrów. Zawsze tak robię, aby potem wybrać te z najpiękniejszym światłem.



Niepozorna chmurka. Jeśli pojawi się na nienie w odpowiednim momencie ma szansę stać się punktem kulminacyjnym wieczoru.
Czyste niebo nie zapowiadało szału, ale właśnie ta rozmyta churka spiesznie wtargnęła na południowo zachodnie niebo urozmaicając jeden z grudniowych wieczorów.

Zimą cieszy każda, choćby krótka chwila ze słońcem. A jeśli trafi się wschód lub zachód z pięknymi kolorami, to już szczyt marzeń. Ale z drugiej strony, gdyby codziennie przez cały rok niebo było bezchmurne i śweciło słońce, pewnie wczesniej czy później by nam sie to znudziło.
Mnie by to z pewnością nie odpowiadało. Owszem lubię ciepło, ale brak dynamiki w pogodzie oznaczałby dla mnie brak tematów do fotografowania…

Tak, to też listopad i to tego roku. Zanim przyszła ta typowo jesienna, przedzimowa pogoda było całkiem przyjemnie. Jeszcze na początku listopada cieszyliśmy się względnym ciepełkiem i pięknymi jesiennymi widokami.
Na zdjęciach jeden z zachodów słońca, które mogłem wtedy podziwiać i fotografować. Złoto na drzewach i złoto na niebie. Wspomnienia uprzyjemniające gorszy pogodowo czas.



Na nizinach jesień, na pagórkach nieco więcej zimy. Tak to wyglądało w mojej okolicy. Do tego szaro i ponuro. Trudno o jakiś optymistyczny kadr. Osobiście bardzo lubię listopadowe modrzewie i ten ich rudawy kolor. Fajnie jak jest polukrowany odrobiną śniegu.

Do dzików nie mam szczęścia. Ponoć tyle ich jest w okolicy i tyle szkód wyrządzają rolnikom, a ja spotkałem je zaledwie dwa razy w życiu. I to dawno temu. No i w niedzielę po raz trzeci. Mam nadzieję, że lody zostały przełamane i teraz już częściej będą wchodzić mi przed obiektyw.
Po lekkich opadach śniegu wybrałem się na spacer po lesie, jakże by inaczej. Jak zwykle, nieprędko, rozglądając się na boki i kontemplując piękne widoki. Wtem przede mną na drogę wytoczyło się coś ciemnego o bliżej nieokreślonym kształcie. Co za szczęście, że miałem na aparacie teleobiektyw, bo odyniec by nie pczekał. Przetruchtał dostojnie lesnym duktem i tylem go widział.

Nastał taki czas, że chcąc mieć nowe fotografie, trzeba korzystać z każdej chwili, kiedy na choćby chwilkę wyjrzy słońce. Słońce, które ożywi te ponure kolory. Któregoś wieczoru liczyłem na odrobinę światła i ją dostałem.

Dzisiejszy wyjazd na rower był dla mnie wyjątkowy, bo właśnie na liczniku wybiło 7 000 km. 153 wycieczki i 387 godzin w siodełku. 61 km w pionie w górę i tyle samo w dół. Rok się jeszcze nie kończy i mam ndzieję jeździć do Sywestra 😉
Mimo prowadzenia statystyk, nie jeżdżę dla wyników. Lubię spędzać czas aktywnie na świeżym powietrzu. Jeżdże sobie, jak ja to mówię dziadkowym tempem. Staram się tak układać trasy, aby jeździć po mało uczęszczanych i widokowych drogach. Jeździć o świcie lub wieczorem, aby przy okazji sobie pofotografować. Ale również w ciągu dnia zdarza się trafić na ciekawe kadry. Poniżej kilka fot z dzisiejszej, jubileuszowej przejażdżki.





