Nie zakwitły

Jeśli zakwitały, to później niż inne akacje. Nie pamiętam, ile razy kwitły przez ostatnie 10 lat, jak je fotografuję, ale może dwa lub trzy razy. W tym roku nie zakwitły. To nie zmienia faktu, że prezentują się zjawiskowo, a co cieszy – plac wokół nich jest zadbany, przy krzyżu mnóstwo roślin.

Nadal chętnie tam zajeżdżam i zazwyczaj nie spotykam żywego ducha. Dziwne… A, zapomniałem – to zazwyczaj taka godzina, że wszyscy jeszcze śpią.

Ptaki

Rzadko ostatnimi czasy wrzucam lustrzankę do sakwy i raczej fotografuję ajfonem, jednak kiedy już ją zabiorę, to bywa, że przejedzie ze mną całą trasę nieużywana . A czasem się przydaje – chociażby do ptaków 🐦, które gdzieś tam po drodze spotykam.

Zazwyczaj uciekają przede mną, zanim zdążę się zatrzymać i wyciągnąć sprzęt, ale kilka razy udało się je złapać w przyjemnych dla oka okolicznościach.

Lubisz spać długo?

Czy w weekend lubię wylegiwać się w łóżku? 🛏️ Tak, lubię spać do czasu, aż obudzę się sam z siebie. Czy śpię tak faktycznie? Nie. Jeśli tylko nie pada, zrywam się po trzeciej nad ranem, aby startować w drogę rowerem równo, albo i przed wschodem słońca🚴. Nie inaczej było w miniony weekend. I choć tym razem żadnych mgieł nie było, a światło było takie sobie, udało się po drodze zajechać nad jeziorka i zrobić te kilka zdjęć.

Standardy

Zimno i owszem. Buty przemoczone od trawy – tak. Ostatnio staje się to u mnie standardem. Wszystko przez te chłodne poranki. Ale jak jechać na rower, to tylko o świcie. Bo jazda, jazdą, ale jazda w takich warunkach i przy takim świetle – to już wyższy lewel turystyki rowerowej 🙂

Jedni  wstają na ryby, ja na rower. I tak sobie człowiek kręci zziębnięty, ale szczęśliwy, że miło spędził poranek, w ciszy, spokoju i bez ruchu na drogach.

Za gęsta

Tym razem mgła przerosła nawet moje oczekiwania. Była za gęsta! A przynajmniej nad stawem, gdzie liczyłem na zdjęcia. W tym miejscu była miejscami tak gęsta, że niebo zlewało się z wodą. Nawet kaczki pływające kawałek od brzegu były ledwo widoczne.

To jeden z tych poranków, kiedy człowiek niby się cieszy, bo „mgiełka była”, ale jednak jest trochę rozczarowany… Człowiek stoi, wytęża wzrok, kaczki giną we mgle, a zdjęcia… no cóż, bardziej impresjonistyczne, niż mogłem oczekiwać 🙂 Ale i tak było warto – dla samej ciszy i klimatu chociażby.

Co z makami?

– Witek! Nie było u Ciebie na blogu maków w tym roku? Dlaczego? 🤔
– No cóż, już się poprawiam i wrzucam kilka zdjęć kępek maków. Więcej nie widziałem do wczoraj, kiedy to trafiłem na ogromne czerwone pole. Ale zdjęć od razu mówię ciekawych nie zrobiłem. Bo to południe było i światło byle jakie…

Niech

Już niecierpliwie czekam na kolejny taki poranek. Poranek z mgłami i słońcem. Może być zimny jak ten ze zdjęć – to mi nie przeszkadza, mogę się grubiej ubrać. Byle warunki były tak magiczne jak wtedy.

Nie będzie mi przeszkadzać też wszechobecna wilgoć i rosa, ani to, że nogi będę miał mokre po kolana, a buty i skarpetki całkowicie przemoczone. Ani to, że rower będzie potrzebował gruntownego mycia, a kompletnie wypłukany ze smaru łańcuch – ponownego nasmarowania. Tylko niech takie warunki nastaną.

Tęcza, ale niska

O 17:00 słońce było na wysokości około 30 stopni nad horyzontem. Czy na trzy i pół godziny przed zachodem można dostrzec tęczę? Owszem. Jest niska i nie zawsze tak intensywna jak wieczorem lub rano, ale tak – można ją zobaczyć.

Chwilę wcześniej przeszła konkretna ulewa, ale zaraz potem niebo od zachodu zrobiło się czyste i zaświeciło słońce. Na kilka chwil, w jeszcze mocno padającym deszczu, pojawiła się niziutka tęcza. Siedziałem schowany w samochodzie, ale uchyliłem szybę i zrobiłem to zdjęcie. Co prawda zalało nieco wnętrze, ale czego nie robi się dla zdjęcia! 😊

Tęcza była delikatna, jakby niepewna, czy powinna się pokazać. Ot, taki nieśmiały ukłon od pogody dla tych, którzy nie uciekli od razu do domu. A ja, z mokrym aparatem i pokropioną tapicerką w lekkim szoku, siedziałem z bananem na twarzy. W końcu nie codziennie dostaje się taki prezent od natury – i to z pierwszego rzędu, przez boczną szybę auta. 

Ciągnie nad wodę

Woda. Lubię fotografować o poranku nad wodą. Co prawda nie mam u siebie zbyt dużych możliwości, bo akwenów jak na lekarstwo, ale jednak są – i ciągnie mnie nad nie. A kiedy jest jeszcze nieco mgły, to już nic więcej od życia nie potrzebuję. Te chwile, mimo nieraz zmęczenia wynikającego z wysiłku związanego z dotarciem tam rowerem, ładują energią na cały dzień. Ale tylko na jeden, bo kolejnego chciałoby się znów jechać i znów brać udział w tym spektaklu dla jednego widza.

Stoję wtedy nad brzegiem, smartfon w ręce, i patrzę, jak woda mieni się w pierwszych promieniach słońca. Czasem odezwie się kaczka albo zamajaczy sylwetka łabędzia we mgle – jak duch. Krajobraz jest jak niedokończony obraz, który każdego ranka natura maluje na nowo, delikatnymi pociągnięciami światła i pary.

Hipnoza

Chwila, kiedy słońce wychodzi zza horyzontu. To zawsze potrafi mnie zauroczyć, i to niezależnie od tego, w jakich okolicznościach przyrody to następuje. A kiedy wyłania się zza mgły, potrafię wpaść w jakąś hipnozę na te kilka chwil. Czasem zapomnę o fotografowaniu i ocknę się dopiero po chwili.

Zdarza się, że stoję jak zaczarowany, z aparatem w ręku, ale bez naciskania spustu migawki. Bo są takie momenty, kiedy nawet najlepsze zdjęcie nie odda tego, co czuje się na żywo. To trochę jak prywatny spektakl – cisza, zapach wilgotnej ziemi i ten pierwszy promień, który dotyka twarzy jak muśnięcie ciepłej dłoni.