Pierwsza

W tym sezonie burze, jak już się trafiały, to omijały moją okolicę szerokim łukiem. Ale dziś w końcu jedna przyszła – i była naprawdę widowiskowa. A przynajmniej ten szelf, który sunął tuż przed nią. Można powiedzieć, że pojawił się z zaskoczenia. Mimo że widziałem zbliżającą się burzę na aplikacji pogodowej i wiedziałem, że zaraz dotrze, to i tak dałem się zaskoczyć.

Zatrzymałem się więc w pierwszym lepszym miejscu, żeby złapać ten niesamowity spektakl natury. Czasu było niewiele – dosłownie kilka minut, bo kiedy szelf znalazł się nade mną, od razu zaczęło padać. Udało mi się jeszcze schować do samochodu. I dobrze, że nie ruszyłem dalej, bo to, co się rozegrało chwilę później, przeszło moje oczekiwania – intensywny deszcz, silny wiatr i grad.

Pięć minut później wszystko się uspokoiło, zrobiło się jasno, a z nieba sączył się tylko lekki deszczyk. Takie to było krótkie, intensywne, burzowe przedstawienie. I choć trwało chwilę, to dostarczyło emocji jak porządny trailer filmu katastroficznego.

Chłodek nienachalny

W lipcu oczywiście też mogą się trafić mgły. Tym razem były delikatne, jakby ktoś rozpylił mleko nad łąkami. Ale w połączeniu z niskim światłem poranka potrafiły wyczarować spektakl rodem z baśni braci Grimm.

Może sześć stopni na plusie to nie jest upał, ale przewidziałem to i ubrałem się na cebulkę, więc w miarę jak robiło się coraz cieplej mogłem uszczuplać ubiór.

Chłodek był jednak przyjemny, nie nachalny, a orzeźwiający po upałach, jakie panują za dnia. Idealny klimat na łagodne przebudzenie w terenie — bez budzika, ale za to z koncertem ptaków i mglistym spektaklem w tle.

Widmo Brockenu nr ?

Słuchajcie, po raz kolejny zobaczyłem widmo Brockenu i jestem już na tym etapie, że przestałem je liczyć, bo chyba wszystkich i tak nie pamiętam. Miałem nieśmiałą nadzieję, że w sobotę rano będą mgły. Dzień wcześniej padało, a na rano zapowiadano około 11 stopni. Było 6 stopni, a ilość mgieł przerosła moje najoptymistyczniejsze oczekiwania. Trzeba było tylko pojechać nieco dalej – na południe regionu.

No i właśnie tam, w Zawadce, jadąc drogą na grzbiecie wzgórza, patrzyłem z nadzieją, kiedy się ono pojawi. Udało się – na odcinku dosłownie kilkudziesięciu metrów. Widok niesamowity jak zawsze, a w takich okolicznościach przyrody jeszcze go nie widziałem.

Chcę upału

Było ciepło i zrobiło się chłodno. Miejmy nadzieję, że to tylko jednodniowy epizod. W końcu tak długo czekaliśmy na ciepełko. Ja do końca czerwca może tylko kilka razy ubrałem krótki rękaw na rower. Ciągle ziąb albo trochę ciepło, ale zimny wiatr i tak w kółko.

Niech lipiec będzie upalny. W sumie to nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, bo nie przepadam za upałami, ale w tym roku jestem zziębnięty i potrzebuję się wygrzać.

Pryśnie?

Czujecie ten chłód? Ile obstawiacie stopni? To czerwcowy poranek, więc mogłoby się wydawać, że rano temperatura nie spada już poniżej 10 stopni. W tym roku czerwcowe poranki bywały dużo zimniejsze. A to skutkowało tymi przepięknie ścielącymi się mgłami i chłodnymi barwami przed wschodem słońca.

W powietrzu czuć było wilgoć i taki specyficzny zapach poranka, który pojawia się tylko wtedy, gdy trawa jest mokra od rosy, a świat jeszcze nie zdążył się obudzić. Człowiek jedzie powolutku, jakby bał się, że magia zaraz pryśnie.

Smartfon w kieszeni

Mamy trzeci lipca, a ja w tym miesiącu jeszcze nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Byłem co prawda już na dwóch wyjazdach rowerowych, ale raz jechałem w ciągu dnia, a za drugim razem wschód słońca nie był ani trochę spektakularny. Czyściutkie niebo, zero mgieł – nawet nie wyciągałem smartfona. Po prostu cieszyłem się samą jazdą.

Poniższe zdjęcia pochodzą jeszcze z jednego z pamiętnych, mglistych i zimnych czerwcowych poranków.

Wakacje nie dla wszystkich

Coś ostatnio brak porannych mgieł, ale to przecież środek lata. Tylko pierwsza połowa czerwca raczyła nas zimnymi porankami, które skutkowały pięknymi, mglistymi spektaklami. Teraz przyszedł czas, żeby w końcu cieszyć się ciepełkiem – zrzucić te wszystkie warstwy ubrań, które trzeba było zakładać na poranne rowerowe wyjazdy.

Ciepłe dni, ciepłe noce i wreszcie ciepłe poranki. Lipiec! Jak szkoda, że ten wyjątkowy czas, kiedy zaczynały się wakacje, już mnie nie dotyczy… Nie miałbym absolutnie nic przeciwko temu, żeby codziennie rano móc wskakiwać na rower i ruszać w trasę. To by mi się nigdy nie znudziło. Jestem tego pewien.

Halo! (słoneczne)

Kończymy miesiąc, kończymy drugi kwartał i kończymy pierwszą połowę roku 2025. Jak to szybko minęło! Ale wydaje mi się, że wycisnąłem z każdej wolnej chwili tyle, ile tylko się dało – na rower, na wędrówki, na fotografowanie i na nagrywanie filmów.

Na celowniku miałem krajobrazy zwykłe, takie, jakich wiele w każdej okolicy – wyłuskane z wielu mijanych po drodze. Fotografowałem wtedy, kiedy miałem na to ochotę, kiedy chciało mi się zatrzymać i uwiecznić chwilę. Innymi razy tylko patrzyłem – ot tak, dla siebie, bez pośpiechu, bez potrzeby dokumentowania.

Poniżej okazałe halo słoneczne z sobotniej wyprawy rowerowej i kilka innych obrazków uchwyconych po drodze.

Bez szału

W ubiegłym tygodniu nie było spektakularnych wschodów ani zachodów słońca, ale w sobotę, podczas przejażdżki nieco późniejszym rankiem, na niebie pojawiły się bardzo fajne, malownicze i fotogeniczne obłoczki. Kiedy zatem trafiłem na zakwieconą łączkę na jednym z pagórków, z ochotą chwyciłem za smartfon, aby zrobić te kilka zdjęć.

Ten kawałek krajobrazu miał w sobie coś wyjątkowego – lekko sielskiego, spokojnego, a jednocześnie żywego. Mimo dość mocnego wiatru chwile tam spędzone były naprawdę urokliwe i dały mi ten mały codzienny zachwyt, który tak lubię łapać w kadrach.

Zapomniałem

Nie wiem, jak to się stało, ale zapomniałem opublikować te kilka fotek pola maków, na które trafiłem niedaleko Mielca jeszcze 12 czerwca. Niedaleko wałów Wisłoki i opodal kościoła w pobliskiej wiosce rozległe pole maków ścieliło się jak czerwony dywan dla cichych spacerowiczów i zaskoczonych rowerzystów.

Zupełnie się tego nie spodziewałem — ot, zwykła objazdówka, a tu taka niespodzianka! Te intensywne czerwienie, ta cisza i delikatny wiatr – wszystko składało się na jeden z tych momentów, które zapadają w pamięć. Stałem tam przez dłuższą chwilę, chłonąc to całym sobą, ze smartfonem gotowym, ale ręką nieco zawieszoną – bo najpierw musiałem się na to napatrzeć 🙂

Dobrze, że jednak pstryknąłem. I choć z publikacją zwlekałem, lepiej późno niż wcale – może komuś też poprawią dzień te makowe migawki.