– Zapomniałam ręcznika, no to sobie posiedzę tu chwilę i sama wyschnę…

– Zapomniałam ręcznika, no to sobie posiedzę tu chwilę i sama wyschnę…

Widywałem ją u Was na blogach nie raz, ale nazwy oczywiście nie pamiętam. Nakryłem ją pierwszego maja, kiedy świętowała Święto Pracy. Leniwie wylegując się na liściu.


Wiele razy spotykałem tę ćmę, zawsze siadała w najgęstszej trawie i zawsze głową w dół. Nie mam zwyczaju latać do upadłego za owadami, aż uda mi się go sfotografować, ale tym razem postąpiłem inaczej. W końcu udało mi się podczołgać (sic!) na tyle blisko, aby ją sfotografować.

– Mięciutka pościel puchowa, to jest to. Można się wyspać do woli. Zwłaszcza teraz, kiedy dzieci nareszcie poszły do szkoły i mam całe przedpołudnie dla siebie – cieszył się tata – much z rozpoczęcia roku szkolnego.

– Jak się uprawia boks, to potem chodzi się z takim spłaszczonym czołem, jak ja – skarżył się miniaturowy chrząszczyk – zawadiaka.

Zimno, ponuro i owadów jak na lekarstwo. Tą zbłąkaną pszczółkę spotkałem na liściu przydrożnego chwastu. Była ospała i apatyczna. Sądziłem, że to jej ostatnie godziny Jakież było moje zdziwienie, kiedy po krótkiej sesji dynamicznie wzbiła się w powietrze.

Balans na chybotliwej trawie to ulubione zajęcie spotkanej przeze mnie błonkówki. Najlepiej jak dosyć mocno wieje wiatr. Jest w tej komfortowej sytuacji, że jak już straci równowagę, to nie spadnie na łeb na szyję, tylko rozłoży skrzydła i odleci.

Próbowała się schować za tym małym ździebełkiem. Raz chowała jedno oko, drugie zamykała, potem na odwrót. Normalnie jak dziecko, które zamknie oczy i wydaje mu się, że nikt go nie widzi…

Dla tej małej błonkówki siłownia to sens życia. Na początek skupiła się na mięśniach ud.

Kolejne znalezisko sprzed kilku dni. Podobnie jak galas znalazłem to na liściu dębu. Ale czy to żywe jest, czy też jakowaś narośl, to nie mam bladego pojęcia…
