To jeszcze nie jest to. To jeszcze nie są te wiosenne widoki pełnie soczystej zieleni i drzew owocowych ukwieconych na biało. Ale jest to już bardzo blisko. Lada dzień. To wszystko koniecznie podziwiane po wschodzie słońca, albo przed zachodem. Światło złotej godziny maluje najpiękniej.
Długa droga za mną. Końcówka dnia zastała mnie w jednej z moich od niedawna ulubionych miejscówek. Niebo zaczęło robić się różowe. Z chwili na chwilę nabierało coraz intensywniejszych kolorów. Porzuciłem mój wehikuł i sięgnąłem po aparat. To trzeba było uwiecznić.
Różnie bywa. Czasami wydaje mi się, że będzie piękny zachód, jadę na miejscówkę, a tam nimbo. Innym razem kolory zachodu mnie zaskakują. A jeszcze innym razem na nic nie licząc, jadę i obserwuję, co dzieje się na niebie.
Jednak od jakiegoś czasu zawsze na wszelki wypadek wrzucam aparat do sakwy. No bo żal byłoby nie mieć na zdjęciu choćby takiego zachodu, jak ten poniżej.
Jeśli jadę rowerem i nic nie sfotografuję, to też jest fajnie. Ale jeśli podczas jazdy trafi się jakiś ciekawy warun, albo fajna miejscówka, to jest jeszcze lepiej. Tak było kilka dni temu, kiedy mogłem obserwować widowiskowe słońca poboczne. Moją uwagę zwrócił też ciekawy miniwiadukt nad linią kolejową.
Przydrożne krzyże nigdy nie przestaną mnie fascynować. Dzięki rowerowi mogę docierać do tych „ukrytych” w szczerych polach. Przy polnych dróżkach, gdzie można dojechać tylko, gdy jest sucho. To taki symbol polskiego, a może tylko podkarpackiego krajobrazu.
Żałuję, że w mojej okolicy jest tak mało akwenów wodnych. Bo wschody i zachody słońca nad wodą są naprawdę przepiękne. Mamy to samo w wodzie, co i na niebie.
W sobotę pogoda wystrychnęła mnie na dudka. Miało padać od przedpołudnia, a tu było ciepło i bezwietrznie do późnego popołudnia. Można było spokojnie jechać na rower.
Tymczasem pojechałem dopiero w niedzielę. Mocny wiatr, przewalające się chmury, a słońce tylko od czasu do czasu. Nie przeszkodziło mi to wykręcić kolejne kilometry do kolekcji. Nawet udało się zrobić kilka zdjęć, choć zatrzymywanie się groziło bezwzględnym wychłodzeniem w ciągu kilku minut…
Do wschodu czterdzieści minut. Trochę już jasno, a kolory są nijakie. To nic, ja je lubię. Są inne niż o wschodzie, zachodzie, w południe, czy po południu. I mało kto je ogląda, bo większość jeszcze śpi.
Ja czekając na wschód, spaceruję i szukam kadrów. Szukam koloru. Perspektywy. Pod różnym kątem, różną ogniskową. Eksperymentuję. Coś się potem wybierze z tych zdjęć do pokazania.
Kiedy na niebie pojawiły się słońca poboczne [parhelion], a ja właśnie jeździłem rowerem, narodził mi się w myśli pomysł na zdjęcie, jakiego jeszcze w swojej kolekcji nie mam.
Akcje, zachodzące słońce, a obok nich na horyzoncie mój wehikuł. Docisnąłem, aby zdążyć dojechać na miejsce. A tam miałem do zrobienia już tylko zdjęcia. Cała reszta już się działa. Akacje na swoim miejscu, rower koło nich zaparkowany, idealne niebo i piękna jego ozdoba — wspomniane parheliony.
O święty Franciszku, patronie krajobrazów! Co to był za poranek. Kolory dosłownie zalały okolicę. Zawładnęły wszystkim dookoła. Łącznie z Witkiem, który jak niespełna rozumu biegał we wszystkie strony, aby zdążyć zrobić jak najwięcej zdjęć.
Pobudka o nieludzkiej godzinie – 4:30… Zajeżdżam na miejscówkę, a tam nic się nie dzieje. No ale do wschodu jeszcze sporo czasu. Zawsze jest ta niepewność, czy niebo rozbłyśnie kolorami.
Czekam i czekam! I oto najpierw nieśmiało nad horyzontem, by po kilku chwilach całe niebo zapłonęło. Niepozorne obłoczki zaświeciły oszałamiającym blaskiem. Kolorami zmieniającymi się z minuty na minute. Coraz intensywniej i intensywniej. Jak w raju.