To było tak niedawno, niespełna dwa tygodnie temu. Później kilka razy był przymrozek, powiał mocniej wiatr i po kolorowych zdjęciach zostało tylko wspomnienie.
Listopad nie od parady nazywa się listo-padem…




To było tak niedawno, niespełna dwa tygodnie temu. Później kilka razy był przymrozek, powiał mocniej wiatr i po kolorowych zdjęciach zostało tylko wspomnienie.
Listopad nie od parady nazywa się listo-padem…




Od piątku pogoda diametralnie się zmieniła. Nieustannie nad okolicą wisi ponura chmura stratus. Niebo białe, mgła, ziąb i wilgoć. Jednak ja w domu nie usiedzę, więc spróbowałem znaleźć choćby odrobinę koloru i wysupłać te kilka kadrów w specyficznym świetle.



Pogoda kiepska, ale nie zawsze tak było, bo tydzień temu cieszyliśmy się słońcem, a ja oczywiście spędziłem część dnia na dwóch kółkach. Między innymi zaglądnąłem do akacji, bo dawno tam nie byłem. Nic się nie zmieniło. Mają się dobrze i wciąż świetnie się prezentują.



Czasami lubię przejechać się asfaltem dla samej jazdy, innym razem zapuścić się gdzieś dalej od domu. Jeszcze kiedy indziej mam chęć przemierzyć te nawet ledwo przejezdne polne drogi w mojej niedalekiej okolicy. Dotrzeć tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Odkryć nowe miejsca, spojrzeć na te znane z innej perspektywy.
I tak ostatnio odkryłem tę chatkę w szczerym polu, otoczoną z trzech stron górkami. Nawet nie wiem, jak by tam można było do niej dojechać.
Udało mi się też przypadkowo trafić na nowe miejsce, skąd widać moje akacje. Z bardzo daleka, ale z jakże malowniczej perspektywy.
I kolejne zdjęcie — najwyższy budynek w pobliskim mieście, którego co prawda widać z najprzeróżniejszych miejsc, ale odkrywanie ich zawsze sprawia mi frajdę.



Pofalowane jesienne pola. Rześki i słoneczny poranek. Miękkie światło. Lubię przejechać się odcinkiem polnej drogi, skąd rozpościera się widok na te pofalowane paczłorki pól. I to o każdej porze roku.




Tak wyglądał jeden z ostatnich poranków. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury, a mnie spodobał się ten mroczny klimat.

Kiedy na termometrze tylko jednocyfrowa wartość temperatury, przyjemniej się jeździ, jeśli świeci słońce. Mimo zimna nastraja ono optymistycznie i z większą przyjemnością pokonuje się kilometry. Zachmurzone niebo niekoniecznie, ale wciąż jest lepsze niż jeżdżenie po ciemku. A od listopada oprócz weekendów tylko tak będę mógł.



Poranek święta Wszystkich Świętych od dawna spędzam samotnie na plenerach fotograficznych lub na wyprawach rowerowych. Tak też było wczoraj. Nie zważając na ziąb, wyruszyłem jeszcze przed świtem, aby podziwiać jesienne krajobrazy w świetle wschodzącego słońca.




Październik zamykam trzema fotkami z jakże by inaczej, rowerowej przejażdżki z ubiegłego tygodnia. Bezchmurne niebo, przyjemne ciepełko i to malownicze wieczorne światło. A… i najważniejsze – jesienne niepowtarzalne barwy złotej polskiej jesieni. Już niecierpliwie czekam na kolejne słoneczne dni.



Zapchałem głowę i zmysły tymi barwami i zapachami. Złota polska jesień powoli mija, ale przecież listopadowe krajobrazy również mogą być na swój sposób piękne. Pozostałe na drzewach liście będą złote, a jeszcze czekamy na przebarwiające się na rudo modrzewie. To nie koniec.



