Niedzielny poranek. Do świtu jeszcze sporo czasu. Ja w drodze na miejscówkę, ale…. po drodze urzekł mnie ten widok. Widok Krzyża na wzniesieniu w tych wczesnoporannych tajemniczych kolorach nieba.

Niedzielny poranek. Do świtu jeszcze sporo czasu. Ja w drodze na miejscówkę, ale…. po drodze urzekł mnie ten widok. Widok Krzyża na wzniesieniu w tych wczesnoporannych tajemniczych kolorach nieba.

Czy silny wiatr jest gwarantem kolorowego poranka? Nie zawsze, ale bywa. Bywa oczywiście tylko wtedy jeśli dodatkowo układ chmur jest odpowiedni. I tak właśnie było dziś rano.
Nade mną chmury, a kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschodzie czyste niebo. Z mojego punktu widzenia był to tylko cienki pasek bez chmur tuż nad horyzontem, ale to wystarczyło do powstania tych wspaniałych kolorów!
A te zmieniały się z minuty na minutę. Trzeba było być czujnym i wyczekiwać na tym zimnym wietrze najodpowiedniejszej chwili. Ten niemożliwy do opisania róż pojawił się na dwanaście minut przed wschodem słońca i trwał jedynie kilka minut.



Pogoda taka, że przez cały tydzień nie zrobiłem zdjęcia. A nie! To dlatego że dzień jest tak krótki, że cały spędzam w pracy 😉 Wspominam zatem słoneczny dzień sprzed około tygodnia.



Czekam na dni z fajnymi warunkami do fotografowania i do jazdy na rowerze. Dokładnie to czekam na taki weekend, bo w tygodniu rano przed pracą ciemno, to samo po pracy. Tymczasem dziś wspominkowo sprzed półtora tygodnia.



Las o każdej porze roku może wyglądać pięknie. A powolna jazda po leśnych ścieżkach może sprawić wiele przyjemności i mieć wiele korzyści dla zdrowia. Samo wdychanie tych wszystkich naturalnych olejków eterycznych robi dużo dobrego, poza tym ruch i wyłączenie myślenia. Można by tak godzinami….




Kiedy po długich dniach z chmurami w końcu wychodzi słońce, nie mógłbym inaczej spędzić dnia, niż na rowerze. Gorąco co prawda nie było, ale aby nie zmarznąć to jest tylko kwestia ilości warstw odzieży 🙂



Teraz mamy w końcu od piątkowego popołudnia w miarę pogodnie, ale w poprzednich dniach dominowało zachmurzenie, wilgoć, przymrozki i mgła. A jak była mgła, to musiała się też pojawić szadź.
Błądziłem po tych zamglonych rewirach w poszukiwaniu kadrów. Wyczekiwałem na krótkie chwile, kiedy łaskawie pojawiały się przebłyski słońca. Dopiero wtedy to wszystko nabierało prawdziwej magii.



Zatrzymałem się na skraju bukowego zagajnika. Poranek był mglisty i mroźny. Zafascynowały mnie te wszechogarniające rudości opadniętych liści i… kontrastująca zieleń paprotek.



Kiedy ja ostatnio widziałem słońce? W niedzielę wieczorem. Podczas kiedy kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów w kierunku południowym, cały ubiegły weekend świeciło słońce, u nas wyszło tylko na jakieś dwie godziny. Ale o odpowiedniej porze. I od razu z przytupem.




Mgła i przymrozek. Po takiej nocy nie może być inaczej. Muszą być takie piękne szadziowe widoki. Nie inaczej było w poniedziałkowy poranek. Szczęście, że akurat w dzień wolny od pracy. Można było poranek spędzić w tych cudnych okolicznościach przyrody.


