Nieodkryte

Czasami lubię przejechać się asfaltem dla samej jazdy, innym razem zapuścić się gdzieś dalej od domu. Jeszcze kiedy indziej mam chęć przemierzyć te nawet ledwo przejezdne polne drogi w mojej niedalekiej okolicy. Dotrzeć tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Odkryć nowe miejsca, spojrzeć na te znane z innej perspektywy.

I tak ostatnio odkryłem tę chatkę w szczerym polu, otoczoną z trzech stron górkami. Nawet nie wiem, jak by tam można było do niej dojechać.

Udało mi się też przypadkowo trafić na nowe miejsce, skąd widać moje akacje. Z bardzo daleka, ale z jakże malowniczej perspektywy.

I kolejne zdjęcie — najwyższy budynek w pobliskim mieście, którego co prawda widać z najprzeróżniejszych miejsc, ale odkrywanie ich zawsze sprawia mi frajdę.

Ze świtu

Czekałem na taki dzień od dawna. Jesień, długo utrzymująca się mgła, ale też od czasu do czasu prześwitujące słońce. Tak było w ubiegły wtorek i tylko temperatura mi średnio pasowała, bo przez pierwszą godzinę jazdy było na minusie, a i potem niewiele cieplej.

Podczas sześćdziesięciokilometrowej trasy przez las warunki były cudowne. Rozpraszająca światło mgła malowała światłem, jak doświadczony malarz. Z entuzjazmem odkrywałem coraz to nowe miejsca z coraz to bardziej zaskakującym światłem. Przywiozłem dziesiątki zdjęć, a dziś te z samego świtu.

Trzy foty i do domu

W sobotę musiałem wstać przed świtem i to wcale nie z powodu roweru ani fotografowania. Jednak kiedy zerknąłem przez okno, już czułem, że to będzie niezwykły poranek.

Pomyślałem, że obowiązki nie zając, nie uciekną i podjechałem na pierwszą lepszą miejscówkę czekać na rozwój wypadków.

Czekałem i czekałem, aż na kilkanaście minut przed wschodem słońca nastąpił punkt kulminacyjny. Niebo zrobiło się czerwone nie tylko na wschodzie, ale dookoła horyzontu, a nawet w zenicie!

Już byłem spóźniony, więc zrobiłem szybciutko poniższe trzy foty i musiałem zmykać do domu.