Jeszcze raz i jeszcze

Światło. Podstawa fotografii. Jak światło się zgadza, to nawet niespecjalnie trzeba się głowić nad kadrem – gdzie się nie wymierzy obiektywem, mnożą się kolejne i kolejne ujęcia. Zwykłe miejsca, w których bywałem wiele razy, nabierają nowego wymiaru wieczorem lub o świcie.

Czasem wystarczy krok w bok albo spojrzenie spod innego kąta i nagle z niczego rodzi się obraz wart zapamiętania. To trochę jakby natura mrugała do fotografa i zachęcała go na swój sposób. Wtedy trudno się oprzeć, żeby nie nacisnąć spustu migawki jeszcze raz… i jeszcze raz.

Wał z mgieł

Słońce dopiero wstało, kilkanaście minut temu. Może trochę więcej. Kiedy niebo po wschodniej stronie jest czyściutkie niczym tafla szkła, to po drugiej stronie, nad wzniesieniami, przelewają się solidne mgły. Jestem pod wrażeniem – wygląda to jak wał fenowy nad wysokimi górami! Widok niezwykły, który dotąd znałem tylko z filmów w sieci. A tu na własne oczy widzę podobne zjawisko na moim Pogórzu Strzyżowskim!

Stałem jak zaczarowany i nie mogłem się napatrzeć. Każda minuta przynosiła nowe kształty i nowe odcienie, jakby niebo malowało obraz specjalnie dla mnie. Czułem, że uczestniczę w czymś wyjątkowym, w spektaklu, który trwa krótko, ale zostaje w pamięci na długo.

Radość fotografa we mnie aż buzowała – ręce same rwały się do aparatu, a serce podpowiadało: patrz, podziwiaj i zapisuj w głowie. To były chwile czystej magii, gdy człowiek naprawdę oniemiewa z zachwytu. Takie poranki to dar, który przypomina, że najpiękniejsze obrazy maluje natura.

Cisza

Słyszycie coś? Nie, z tych zdjęć nic nie słychać. Jest na nich cichutko, jak makiem zasiał. Może gdzieś tam w oddali, z pobliskiej wioski, słychać pianie koguta. Może świergot ptaków, które o tej porze roku rano wydają się również rozleniwione. Czasem coś zaszeleszcze w trawie – pewnie jakaś mysz, albo inny malutki zwierz.

Mnie ta cisza wcale nie przeszkadza. Ani trochę. Wręcz pomaga. W takiej ciszy łatwiej mi złapać oddech, oderwać się od codziennego zgiełku i naprawdę poczuć otaczającą mnie przyrodę. Spacerując po polach we wczesnym porannym świetle i mgłach, czuję, jak wszystko zwalnia – każdy krok, każdy oddech staje się częścią tego spokojnego rytmu.

Cisza pozwala mi dostrzec detale, które normalnie umykają: migotanie rosy na źdźbłach trawy, delikatny taniec mgły nad łąką, czy subtelne kolory wschodzącego słońca. To chwile, w których czas przestaje istnieć, a ja mogę być po prostu tu i teraz.

Wcześniejsze zachody

Trzeba się już spieszyć, żeby zdążyć na zachód słońca. Słońce zachodzi teraz znacznie wcześniej niż w środku lata – krótko po 19.00 jest już po wszystkim, a świat zaczyna zbierać się do snu. I bardzo dobrze, bo jako ranny ptaszek często chodzę spać z kurami, więc wcześniejsze zachody słońca to dla mnie prawdziwy luksus. Po powrocie jeszcze zostaje czas na przejrzenie zdjęć, zanim wpadnę w objęcia Morfeusza.

Na zdjęciach jeden z ostatnich wieczorów i mój spacer po niedalekiej okolicy, gdzie rośnie samotna, urokliwa wierzba. Wieczór był spokojny, cichy, a powietrze pachniało jeszcze letnią zielenią. Kolory nieba robiły się coraz bardziej nasycone, a światło nadawało wszystkiemu niesamowity, lekko magiczny klimat – taki moment, kiedy chciałoby się, by trwał wiecznie.

Wrzesień

Jak to się stało? Jak to możliwe, że już mamy wrzesień? Przecież dopiero co cieszyliśmy się z pierwszych dni wiosny, potem z pełni lata… a jednak. Ale chwila, chwila – przecież meteorologiczne lato wciąż trwa! Może zrobi się nieco chłodniej, ale do jesieni jeszcze daleko. I bardzo dobrze, bo każdy miesiąc ma w sobie coś pozytywnego, także w pogodzie.

Wrzesień to taki miesiąc na granicy – z jednej strony jeszcze lato, z drugiej już lekki przedsmak jesieni. Poranki bywają rześkie, mgły robią się coraz piękniejsze, a wieczorne światło potrafi zaczarować. To też czas, kiedy można jeszcze złapać ostatnie ciepłe dni, a jednocześnie powoli szykować się na jesienne kolory w naturze.

No i umówmy się – wrzesień ma w sobie coś wyjątkowego. Trochę nostalgii, trochę nowego początku (w końcu zawsze kojarzył się ze szkołą), ale też ogrom uroku w codziennych drobiazgach. Taki balans między tym, co było, a tym, co dopiero nadchodzi.

Przed pracą

Wschody słońca robią się coraz późniejsze. Teraz wypadają tuż przed godziną, gdy ruszam codziennie do pracy. Dzięki temu mogę się gdzieś zatrzymać po drodze i przez chwilę nacieszyć oczy ich pięknem.

Tak było chyba w ubiegły wtorek. Rano zaskoczyły mnie na niebie piękne, pasiaste chmury – jakby ktoś specjalnie je namalował, żeby umilić początek dnia. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zrobić kilku zdjęć.

W takich chwilach człowiek aż zapomina, że jedzie do roboty. Czuję się wtedy trochę jak turysta na własnym podwórku – niby codzienna droga, a jednak co rano potrafi zaskoczyć. I to jest właśnie ta mała magia poranków.

Polne widoki

W ubiegły piątek co prawda było pochmurno, ale na wieczór prognozy przewidywały przejaśnienia. Jadąc na miejscówkę, nic na to nie wskazywało, ale już po kilkunastu minutach spaceru zaczęło się faktycznie przejaśniać i świat od razu wyglądał inaczej. Pozostałe na niebie obłoczki, a do tego niskie słońce przebijające się między nimi, tworzyły bardzo przyjemny klimat.

Jedynie temperatura nie sugerowała, że to sierpień, ale idąc pod górkę, szybko się rozgrzałem.

A same widoki? No cóż, sami zerknijcie. Bez wyszukiwania specjalnie malowniczych miejsc – po prostu szedłem i raz po raz robiłem zdjęcia, jeśli jakiś potencjalny kadr zwrócił moją uwagę.

Kadry przychodzą same

Wracałem samochodem z wieczornego spaceru, gdy nagle zwróciłem uwagę na kolor pojawiający się na chmurze. Co ciekawe, nie wisiała ona nad zachodnim horyzontem, ale po stronie północnej. Słońce, które właśnie skryło się za linią horyzontu, oświetliło ją jeszcze na moment swoimi rozproszonymi przez atmosferę promieniami. Z minuty na minutę nabierała coraz intensywniejszych barw.

Przejeżdżałem akurat przez szczyt wzniesienia, gdzie droga wiła się obok samotnego drzewa — idealne miejsce na szybkie zdjęcie. Pojechałem dalej, a chmura wciąż „świeciła”, więc zatrzymałem się ponownie, tym razem przy polu z belami słomy. Tam powstało kolejne ujęcie.

Takie niespodziewane momenty cieszą najbardziej — człowiek nie planuje, nie szuka specjalnie kadrów, a one same przychodzą i zmuszają wręcz, żeby się zatrzymać i nacisnąć spust migawki.

Spontan

Dzisiaj chcę wrócić do wodno-mglistych klimatów. Niezwykle klimatyczny i romantyczny wschód słońca nad pobliskim zalewem. Zero wiatru i snujące się mgiełki.

Woda była gładka jak lustro, odbijała pierwsze kolory nieba i wyglądała tak, jakby czas się zatrzymał. Na stawie, o dziwo, nie było wszędobylskich kaczek, które zazwyczaj bezgłośnie pływają po lustrzanej tafli.

Nie szukałem żadnych specjalnych kadrów, po prostu chodziłem brzegiem i obrazy same pojawiały mi się w głowie. Nie wiem, czy to doświadczenie, czy już zaczynam myśleć jak aparat fotograficzny. Nigdy długo nie studiuję otoczenia, a moje zdjęcia to raczej spontaniczne „pstryki”.

Wracam do mgieł

Chwilowo poranne mgły zniknęły. Co prawda poranki nadal bywają chłodne, ale jednocześnie wietrzne i pochmurne. Każda aura ma swój urok, ale ja wracam myślami do tych właśnie mglistych, bezchmurnych poranków z pierwszej połowy sierpnia.

Tym razem moją uwagę przyciągnęły czekające na robotę maszyny rolnicze, spowite we mgle centrum wioski z kościołem, zwykły polny widok oraz niespodziewanie przelatujący tuż obok księżyca samolot.