Rudo

O ile październik kojarzy się z jesienią pełną barw, o tyle w listopadzie dominuje kolor rudy. I w lesie i na polanach. I to jest fajne. Reszta już nie jest tak fajna. Ani wiatr, ani deszcz, ani ziąb.

W miarę możliwości wbijam sie w krótkie okienla pogodowe ze względnie dobrą pogodą i wybywam na spacer, czy na rower. Nie będzie pogoda rządzić moim życiem i dyktować mi warunków! Nie przestanę przez nią nagle robić tego, co tak bardzo lubię 😉

Odyniec

Do dzików nie mam szczęścia. Ponoć tyle ich jest w okolicy i tyle szkód wyrządzają rolnikom, a ja spotkałem je zaledwie dwa razy w życiu. I to dawno temu. No i w niedzielę po raz trzeci. Mam nadzieję, że lody zostały przełamane i teraz już częściej będą wchodzić mi przed obiektyw.

Po lekkich opadach śniegu wybrałem się na spacer po lesie, jakże by inaczej. Jak zwykle, nieprędko, rozglądając się na boki i kontemplując piękne widoki. Wtem przede mną na drogę wytoczyło się coś ciemnego o bliżej nieokreślonym kształcie. Co za szczęście, że miałem na aparacie teleobiektyw, bo odyniec by nie pczekał. Przetruchtał dostojnie lesnym duktem i tylem go widział.

Żeby nie zardzewiał

Zmrok przychodzi tak szybko. Wychodzę z pracy to jest już ciemno. Nie ma się jednak co załamywać, bo tak jak można jeździć rowerem po ciemku, bo przecież są lampki, tak i można fotografować po ciemku, bo przecież jest długi czas naświetlania.

Zatem, gdy tylko pogoda sprzyja i mam ochotę to fotografuję również po zmroku. Nie ma innego wyjścia, jeśli się nie chce, aby aparat zardzewiał 😉

Zwiała w krzaki

Deszcz i śnieg mi nie straszny. Muszę wyjść z domu i się poruszać. Wczoraj mimo opadów na przemian deszczu i śniegu założyłem wyjściowe gumiaki i poszedłem do lasu. Aparat oczywiście ze sobą pod kurtką.

Wyszedłem na polanę i tam zobaczyłem sarenkę. Całkiem niedaleko. Zza krzaków. Zamarłem bez ruchu z apratem przy oku. A co sarna? Zainteresowana moją sobą zaczęła iść w moim kierunku! Tego jeszcze nie było. Starałem się jak mogłem nie drgnąć i stałem tak pewnie dobrych kilka minut, ale aparat z ciężkim obiektywem ciążył mi coraz bardziej.

To musiało się tak skończyć – ja delikatnie drgnąłem, a sarna w te pędy czmychnęła w krzaczory.

Wyżowy wieczór

Lato to dzień w dzień bezchmurne niebo, albo zasnute całkowicie chmurami podczas burz. Jesień daje nam przeplatankę i to lubię. Pogoda może przynieść papierowe, nijakie niebo, ale jest też spora szansa na szałowe kolory podczas częściowych rozpogodzeń.

I tak właśnie było podczas jednego z prwie bezwierznych, wyżowych listopadowych zachodów słońca.