– Czy ty Witek, po 9 latach fotografowania tych swoich akacji potrafisz jeszcze wymyśleć jakieś nowe kadry?
Staram się i czasem się uda.



– Czy ty Witek, po 9 latach fotografowania tych swoich akacji potrafisz jeszcze wymyśleć jakieś nowe kadry?
Staram się i czasem się uda.



Zimowy wieczór, wierzby i płonące niebo. To jedna z tych chwil, kiedy natura maluje własne arcydzieło, a ja tylko naciskam spust migawki. Cisza zdawała się spowijać pola, przerywana tylko szelestem suchych traw. Nic bardziej mylnego – przenikliwy wiatr wywoływał ciarki na całym ciele. A może to ten widok…
Uwielbiam takie momenty – surowe, spokojne, pełne ukrytej energii. Wierzby pamiętające dawne czasy, jakby przysłuchiwały się pożegnaniu dnia. Zachód słońca na tle zimowego, choć bezśnieżnego krajobrazu ma w sobie coś nostalgicznego, ale i pełnego nadziei. Albo tylko ja to tak odczuwam.



Wszędzie chmury, co? Nie inaczej dziś rano było u mnie. Znalazła się jednak malutka szparka, przez którą wyglądnęło na chwilkę słońce. Dobrze, bo już myślałem, że na darmo opuściłem ciepłe łóżko. Zatem niech to będzie dobry prognostyk fotograficzny na nowy miesiąc, który dziś zaczynamy.

Witek, a jakąś zwierzynę spotkałeś w styczniu? A spotkałem ze dwie sarny i przesympatycznego konia.



Zanim skończy się miesiąc, chcę wrocić jeszcze do początku stycznia, kiedy miał miejsce ten niesamowity w barwy, wschód słońca.



Dziś kolejne fotki z jednego ze styczniowych pogodnych, a zarazem mglistych poranków.




Śniegu już dawno brak, ale poranki nieśmiało przebłyskują kolorami. Gdyby jeszcze ten wiatr był spokojniejszy…



Teraz w dolinach po śniegu zostało już tylko wspomnienie, ale jeszcze w ubiegłym tygodniu jeździłem w zimowych warunkach. Przymrożone drogi, na termometrze ujemna temperatura, a zachody słońca ubogie.




Jeśli takie miałyby być wszystkie poranki w weekendy, nie miałbym najmniejszych problemów z porannym wstawaniem. Mogę je podziwiać bez końca.




Tego wieczoru niebo było ciekawsze na wschodzie niż na zachodzie. Specyficzny układ chmur sprawił, że to chmury nad wschodnim horyzontem ukazały się w pięknych czerwonych barwach.
Wracałem z przejażdżki rowerowej i w te pędy goniłem na tę polną dróżkę porośniętą starymi drzewami. Pośpiech był wskazany, bo jak to często bywa, spektakl nie trwał długo.


