Spacer

Zimowy wieczór, wierzby i płonące niebo. To jedna z tych chwil, kiedy natura maluje własne arcydzieło, a ja tylko naciskam spust migawki. Cisza zdawała się spowijać pola, przerywana tylko szelestem suchych traw. Nic bardziej mylnego – przenikliwy wiatr wywoływał ciarki na całym ciele. A może to ten widok…

Uwielbiam takie momenty – surowe, spokojne, pełne ukrytej energii. Wierzby pamiętające dawne czasy, jakby przysłuchiwały się pożegnaniu dnia. Zachód słońca na tle zimowego, choć bezśnieżnego  krajobrazu ma w sobie coś nostalgicznego, ale i pełnego nadziei. Albo tylko ja to tak odczuwam.

Szybki spektakl

Tego wieczoru niebo było ciekawsze na wschodzie niż na zachodzie. Specyficzny układ chmur sprawił, że to chmury nad wschodnim horyzontem ukazały się w pięknych czerwonych barwach.

Wracałem z przejażdżki rowerowej i w te pędy goniłem na tę polną dróżkę porośniętą starymi drzewami. Pośpiech był wskazany, bo jak to często bywa, spektakl nie trwał długo.