Jeden siedział spokojnie na trawce i trawił dopiero co spożyty posiłek, drugi z zainteresowaniem podnosił głowę obserwując tego pierwszego. Wyglądał, jakby chciał się zaraz na niego rzucić.


Jeden siedział spokojnie na trawce i trawił dopiero co spożyty posiłek, drugi z zainteresowaniem podnosił głowę obserwując tego pierwszego. Wyglądał, jakby chciał się zaraz na niego rzucić.


Pan chrząszcz chciał koniecznie oderwać panią chrząszczową od trawki. Ta jednak była uparta.

W połowie kwietnia już zaczynało robić się zielono, jednak ten chrząszcz wolał przesiadywać na uschniętej trawie. Podyktowane to było względami estetycznymi, lepiej prezentował się tu kolorystycznie.


Tej wiosny, jak nigdy na ścianach domu siedziały dziesiątki biedronek. Nie przesadzę, jak napiszę, że kilkanaście, a może nawet więcej jakimś cudem dostało się do środka. Przynajmniej tyle zauważyłem i chcąc nie chcąc wypuściłem z powrotem na zewnątrz. Ale do dzisiaj z zakamarków wychodzą co jakiś czas następne….

Odniosłem wrażenie, że coś stało mu się z nosem. Na mój gust powinien mieć nieco dłuższy ryjek. A może to taki gatunek krótkonosy…

– Jestem taki malutki, że poudaję trochę kleszcza, posiedzę tu na koniuszku a może uda mi się kogoś złapać, kto przetransportowałby mnie na drugi koniec łąki. Skrzydełka trzeba oszczędzać.

Jeżówki dawno przekwitły i uschły. Jeden jedyny kwiat został do tej pory i jak widać ma się zupełnie dobrze.

Pomarańczowy płaszcz, pomarańczowe pantalony na każdą z trzech par nóżek. Po płaszczem pomarańczowy sweter, pod swetrem pomarańczowy podkoszulek. Majtki też pomarańczowe. A nawet skarpetki. Tak wystroił się ten sympatyczny chrząszczyk, wybierając się na popołudniowy spacer po krwawnikach.

Byli tu już tacy, którzy próbowali upodabniać się do kameleona. Jednym wychodziło to lepiej, innym gorzej. Temu chrząszczowi wychodziło to średnio na jeża.

Wesołe stadko malutkich chrząszczyków tańczyło sobie w kółeczku na malutkim kwiatku.
