Cisza i spokój

Sylwestrowy poranek na długo pozostanie w mojej pamięci. Po kilku tygodniach posuchy fotograficznej w końcu trafiłem na piękny poranek.

Najpierw, jeszcze przed wschodem słońca obfotografowałem niepozorną sadzawkę (o tym już wkrótce), by później pojechać na żwirownię i tam uchwycić ciepłe już barwy złotej godziny.

Od kilku tygodni wieje u mnie niewąsko, a wczoraj było cichutko i spokojnie. Widać to zresztą doskonale na poniższym zdjęciu. To dla takiego spokoju wstaję rano i wybywam tam, gdzie nie ma żywego ducha.

Chmury pokolorowane

Jak miło było w końcu pojechac na dłuższą wyprawę rowerem. Wczoraj temperatura jak na tę porę roku rozpieszczała. Kiedy wyruszałem z domu przed siódmą rano było przyjemne siedem stopn na plusie. Później temperatura wzrosła jeszcze o dwa stopnie i nawet ten porywisty wiatr nie był aż tak bardzo odczuwalny.

A na dzień dobry mogłem podziwiać piekny wschód słońca. Wydawało się, że chmury szczelnie przykrywają niebo, a jednak odrobinę słońca dostało się pod nie, kolorując na czerwono.

Brak tematów

Zimą cieszy każda, choćby krótka chwila ze słońcem. A jeśli trafi się wschód lub zachód z pięknymi kolorami, to już szczyt marzeń. Ale z drugiej strony, gdyby codziennie przez cały rok niebo było bezchmurne i śweciło słońce, pewnie wczesniej czy później by nam sie to znudziło.

Mnie by to z pewnością nie odpowiadało. Owszem lubię ciepło, ale brak dynamiki w pogodzie oznaczałby dla mnie brak tematów do fotografowania…

Jak się nie ma co się lubi

Dni takie krótkie, a jak przychodzi weekend, to brak ładnych wschodów i zachodów słońca. Zatem, kiedy tylko coś się rano szykuje, ja biorę aparat do auta i przynajmniej w drodze do pracy staram się coś złapać.

Poniżej jeden z tych grudniowych wschodów, kiedy słońce próbowało mało skutecznie przebić się przez chmury, a jedynie zabarwiło niebo dalikatnym kolorem. Wiadomo, że wolałbym być wtedy w plenerze, ale jak się nie ma co się lubi….

Kształt pożyteczny

Było tak zimno, że i tak musiałbym dreptać w miejscu, więc przynajmniej wydeptałem coś pożytecznego 🙂

Poniedziałkowy ranek był mroźny, bo dla mnie dziesiąć stopni na minusie w połączeniu z wiatrem, to ekstremalne warunki. Zimy w ostatnich latach mnie rozpieściły i odwykłem od zimna.

Mimo to porzuciłem domowe ciepełko i wylazłem w plener. I fajnie, bo jak to zwykle bywa, po wszystkim nie żałuję tylko cieszę się, że ruszyłem się i przyniosłem kilka fotek.

Listopad

Listopadowe mgły. Listopadowe rudości. Listopadowa temperatura. Listopadowy poranek. To miesiąć, którego można nienawidzić, ale można i kochać. Wszystko zależy od aury. Plucha, wiatr i deszcz to nie jest pogoda, która da się lubić, ale już umiarkowany chłodek, lekki wiaterek i zamglone krajobrazy w kolorze, jaki tylko może nam zaserwować ten jesienny miesiąc, już tak.

Pozostaje wyczekiwać tych własnie chwil z pogodą nadającą się, by wyjść z domu i powędrować… tak naprawdę gdziekolwiek – do parku, lasu, nad rzekę, czy po prostu w szczere pola. Łyknąć świeżego powietrza i zażyć ruchu.

Mimo piątku

Piątkowy poranek był wyjątkowy. Wyjeżdżając długo przed świtem do pracy już widziałem na niebie pierwsze oznaki cudownego wschodu słońca. Później było tylko piękniej. Niestety mogłem jedynie fotografować z fotela samochodu, bo przecież człowiek wstaje w ostatniej chwili i zawsze się spieszy.

A widok był naprawdę fascynujący. Na ile pozwoliła szybka jazda (pierwsza żona ma ciężką nogę 🙂 ) zrobiłem kilka pamiątkowych fotek. Taki widok w trasie do pracy sprawia, że nawet mimo piątku chce się pracować! Serio 😉

Chciałem wracać

Magiczny poranek. Chwilkę wcześniej chmury zakrywały prawie całe niebo i były tylko małe prześwity. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przez jeden z nich dostało się nieco światła wstającego słońca i zrobiło się różowo.

Tego różowego było bardzo mało, co widać na zdjęciu zrobionym na szerokim kącie. Wspaniałe wrażenia z możliwości podziwiania tego cudu natury. A już zrezygnowany chciałem wracać do domu…

Miękkie i plastyczne

Nie wygląda, ale zdjęcia te powstały jeszcze przed wschodem słońca. Uwielbiam tę porę do fotografowania. Zupełnie inaczej wszystko wygląda widziane ludzkim okiem, a zupełnie inaczej zapisane na matrycy aparatu podczas długiego naświetlania.

Tego poranka światło miało bardzo utrudniony dostęp do parku ze względu na zalegającą w okolicy mgłę. Tu akurat było jej niewiele, ale już poza parkiem widocznośc ograniczała się do kilkudziesięciu metrów. Do tego duża wilgoć, a to działało jak potężna blenda, stąt własnie światło było tak miękkie i plastyczne.