Kiedy wyglądnąłem przez okno, już żałowałem że tego dnia jadę do pracy, a nie na rower. Cudowne światło i miejscami ścielące się mgły. Po drodze musiałem przystanąć w kilku miejscach oraz wstąpić pod akacje, żeby uwiecznić ten poranek.




Kiedy wyglądnąłem przez okno, już żałowałem że tego dnia jadę do pracy, a nie na rower. Cudowne światło i miejscami ścielące się mgły. Po drodze musiałem przystanąć w kilku miejscach oraz wstąpić pod akacje, żeby uwiecznić ten poranek.




Najlepszy czas na poranne zdjęcia według mnie trwa od sierpnia aż dokąd nie opadną ostatnie liście na drzewach. Widok porannych mgieł mobilizuje do wstawania. Ale też i bez mgieł warto wsiąść na rower i przejechac się w rześkim powietrzu. Przez pierwszą godzinę, dwie, poranne słońce najzwyklejsze krajobrazy zamienia w niezwykłe pejzaże.




Dawniej jeździłem rowerem dla samego jeżdżenia. Najpierw, by z rzucić kilka nadprogramowych kilogramów. Potem dla ruchu, dla zdrowia. Teraz również jeżdżę owszem dla sportu, ale nieodłącznym elementem wybranych wypraw rowerowych jest fotografowanie. Nie na siłę. Czekając pokornie, co przyniesie mi los.




Zupełnie nieznane mi miejsce. Nawet nie wiem, jaka to miejscowość. Po prostu jechałem sobie w jedną z moich wypraw i nagle po wyjechaniu z lasu trafiłem na ten fascynujący widok. Morze mgieł i słońce, które lada chwila mogło się zza nich wyłonić. Na to jednak nie czekałem. Pojechałem dalej, aby odebrać to co przyniosą mi kolejne kilometry.



Wyruszyłem jeszcze przez czwartą. Godzina jazdy przez las to było dosyć chwilami stresujące przeżycie. Zwłaszcza na wąziutkich porośniętych chaszczami drogach. Ale kiedy wyjechałem z lasu i trafiłem nad zalew…. o wszystkim zapomniałem, bo zauroczyła mnie ta pustka, cisza i spokój.




Jak to dobrze, że dziś już trzeba było iść do pracy i mogłem się wyspać do szóstej. A nie ciągle tylko budzik na czwartą, trzecią, a raz to i na wpół do trzeciej.
Żart oczywiście, bo przez ostatnie pięć dni naoglądałem się wschodów słońca za wszystkie czasy. No może nie aż tak, ale dużo. Przejechałem grubo ponad 300 kilometrów rowerem za tymi moimi wschodami. Teraz pora na chwilkę odpoczynku i wkrótce mam nadzieję, znów ruszam.



To było zrządzenie losu, że obudziłem się o 2:30. Wcześniej niż planowałem, wyruszyłem rowerem. I właśnie w tym magicznym momencie znalazłem się na tej magicznej polanie. Dokładnie w momencie, kiedy słońce wylazło znad odległych chmur i rozświetliło ścielącą się nisko mgłę.
Oczywiście oniemiałem, mimo że takie widoki to dla mnie nie pierwszyzna. Za każdym razem oniemiewam 😉




Wschód jest już po piątej. Nie jest tak źle w porównaniu do czerwca i lipca. Jak się pójdzie spać koło dziewiątej, to do wpół do czwartej można się wyspać. Bo o czwartej to już trzeba być w drodze. Żeby mieć tę godzinkę na dotarcie w jakieś godne uwagi miejsce. Najlepiej położone na wzniesieniu. By mieć dobry widok na poranne niebo.



Jedno z miejsc, gdzie lubię zajechać, gdy tylko jestem w okolicy. Co prawda trzeba się specjalnie wspiąć na niemałą górkę, ale tam są same górki, więc kolejna nie robi różnicy. W miniony weekend znalazłem się tam niedługo po wschodzie słońca i o dziwo nie byłem tam pierwszy!
Widoki były naprawdę fascynujące. Mgły w oddali robiły spore wrażenie, więc postanowiłem wspiąć się jeszcze dla kilku fotek na wieżę stojącą opodal.



Trochę się zmartwiłem zmierzając na wschód słońca, że na niebie nie ma żadnych chmurek. Tylko czyste niebo. Po drodze miejscami nad łąkami unosiły się delikatne mgły. Ale kiedy zobaczyłem tę magię nad jeziorami, wiedziałem, że zdjęcia będą udane.
Kolory wprost oszałamiały. Sam nie umaiłbym ich w żaden sposób nazwać. Odcienie zmieniały się dynamicznie i to wszystko jeszcze zanim słońce wyszło spod horyzontu.


