Przed wschodem słońca

Niebieska godzina w fotografii. Kiedy się zaczyna? Dokładnie nie wiem, ale na pewno przed wschodem słońca. Lubię wtedy fotografować, bo kolory potrafią zaskoczyć. Może my tego nie dostrzeżemy, bo mózg może działać trochę jak fotoszop dla tego co widzi oko, to matrycy aparatu nie oszukasz. Wychwyci każde światło takim, jakie jest.

Ten poranek nie zachwycał. Ponure, szare chmury od niechcenia przesuwające się po niebie. I mnie mózg oszukał, chciałem wracać bez robienia zdjęć. Stwierdziłem jednak, że skoro jestem pstryknę kilka zdjęć. I tak oto mamy te zadziwiające kolory niebieskiej godziny. Czterdzieści minut przed wschodem słońca.

Najróżowszy poranek

Sobotni poranek był najróżowszym porankiem, jaki mi było dane ostatnimi czasy podziwiać. Zaczęło się grubo przed świtem, ale punkt kulminacyjny różu nastąpił ze dwadzieścia minut przed wschodem słońca.

Nie pojechałem daleko, fotografowałem praktycznie u siebie na podwórku. KIlka kilometrów samochodem, później kilkaset metrów na nogach. Ta urokliwa dolinka nieskalana cywilizacją wegłud mnie jest najpiękniejszym miejscem w moim powiecie.

Byle do brzasku

Tyle mgieł, co przez ostatni miesiąc nie widziałem przez ostatnie kilka lat, jak fotografuję. Umożliwił mi to oczywiście rower i determinacja, aby wstawać przed świtem, jechać długie kilometry w poszukiwaniu nowych miejscówek. I chociaż nie z każdego wyjazdu przywożę zdjęcia, to i tak zostaje mi satysfakcja z samej jazdy.

Najgorsze są pierwsze minuty jazdy. Kiedy jest zimno, ciemno miawam myśli, czy nie zawrócić do domu. Pierwsze kilometry pokonuję nie za chętnie. Na szczęście zawsze szybko mi to mija, zwłaszcza kiedy zobaczę brzask. Kiedy jeszcze jest ciemno, a już wiadomo, że lada chwila pojawią się kolory, słońce, zrobi się nieco cieplej.

Szczególny sentyment

Nieważne czy rowerem, czy na własnych nogach. Nieważne, czy po lesie czy po polach. Ja muszę być ciągle w ruchu. Nie usiedzę w domu. Mogę sobie na to pozwolić, aby dużo czasu poświęcać swoim zainteresowaniom. I póki mogę, gdyż zdaję sobie sprawę, że nie zawsze tak będzie, bo i nie zawsze tak było, będę to robił jak najczęściej.

Poniżej kilka opwiastek z lasu. O sarnach, które ćwiczyły skoki przez rów, o żurawiach odlatujących do cieplejszych krajów. O zwykłej leśnej polanie, jakich wiele, skąpanej w świetle, jakie mamy tylko poranku. I o brzozach, których biel kory zawsze rzuca mi się w oczy i które darzę szczególnym sentymentem.

To co się kocha

Był czas, że mi się trochę czas poprzestwiał, szedłem spać z kurami, a o piątej byłem wyspany. Czemu by tego nie wykorzystać i przed pracą nie skoczyć na króciótki spacerek o wschodzie słońca.

Nigdy nie będzie mi za wiele tych pięknych widoków, kiedy budzi się dzień. Tej nutki niepewności co czeka mnie za chwilę, kiedy jeszcze jest ciemno. Czy niebo zapłonie kolorami, czy kolory będą raczej przygaszone. Ale to dla mnie nieistotne, najważniejsze aby miło spędzić czas na robieniu tego, co się kocha.

A tym razem dostałem od natury super nagrodę – oglądałem żółciutką kulę słońca wschodząca dokładnie za naszym krzyżem milenijnym.

Jawa czy sen

Tego nie da się dotknąć. Nie da pomacać, powąchać, poczuć. To można tylko zobaczyć. To mgła w połączeniu z promieniami słonecznymi potrafią tworzyć takie hologramy. Widok niby normalny, ale kiedy jest się samemu na polanie w środku lasu i dodamy do tego tę nutkę tajemniczości, niepewności co wydarzy się za chwilę, bo dookoła słychać porykiwania jeleni, wszystko nabiera innego wymiaru.

Troche nierealnego, trochę nie z tego świata. Napływa myśl, czy ja jeszcze śpię, czy mi się to śni, czy faktycznie wstałem przed świtem, pojechałem autem do lasu i szedłem kilometry, aby tu dotrzeć.

Mgły dopisały

Środową wyprawę rowerową poprowadziłem po mało ciekawych nizinnych terenach. Tym razem postawiłem nie na widoki, a na zebranie dodatkowych kwadratów (tak z grubsza polega to na tym, że mapa świata została podzielona na kwadraty o wielkości ok. 1,5×1,5 kilometra. Jeżdżąc rowerem, zaliczam kolejne kwadraty na mapie. Wystarczy, że trasa mojego przejazdu przebiegała choćby minimalnie przez dany kwadrat).

Miałem cichą nadzieję, że świt zastanie mnie w jakimś odludnym, ciekawym miejscu i że będzie on spaktakularny. No cóż, marzenie się spełniło, choć słońce długokazało na siebie czekać ze względu na chmury. Ale najpiękniej zrobiło się, gdy akurat przejeżdżałem wzdłuż jakowejś rzeczki, więc dopisały i mgły.

Przyjemna przejażdżka

To dzisiaj jest ostatni dzień lata. A w tym roku lato będzie trwało nadal. Prognozy pogody są optymistyczne i oby sie sprawdziły. Co prawda to ciepełko nie jest już takie jak w lipcu czy sierpniu, ale jak dla mnie jest jeszcze przyjemniej. Wyżowa i bezwietrzna pogoda sprzyja porannym mgłom, a to mnie cieszy najbardziej.

Już niezliczoną ilość razy podziwiałem te cudowne klimaty z dwóch kółek. Wystarczy wstać rano (a wschód jest już całkiem późno, bo po szóstej), zapakować do sakwy aparat i ruszyć przed siebie. Ranki trwają długo, klimat utrzymuje sie nawet do dwóch godzin po wschodzie. Na pewno nawinie się coś przed obiektyw, a jeśli nawet nie, to zostaje przyjemna przejażdżka.

Pokora i cierpliwość

Spaceruję i czekam co mi natura podaruje. Nic na siłę. Spotkam to spotkam, nie to nie. Kilka dni temu zostałem obdarowany hojnie. Najhojniej.

W niedzielę rano zamieniłem rower na gumiaki i poszedłem do lasu. O świcie, posłuchać ryków jeleni. Te nie zawiodły. Już dla tych samych przejmujących ryków dochodzących z różnych stron lasu warto było porzucić łóżko i czas spędzić właśnie tu.

Kroki skierowałem na rozległą polanę, gdzie delikatne mgły świecące odbitym światłem słonecznym tworzyły klimat nie do podrobienia. Szedłem i czekałem czym mnie zaskoczy natura. Wtem z lasu wybiegł pojedynczy osobnik i przystanął w idealnym miejscu. Dla mnie. To nagroda za moją pokorę i cierpliwość.