Fajny widok

Ja tam nie mam nic przeciwko temu, żeby takie widoki uprzyjemniały mi rowerowy czas. Zbliżającą się chmurę opadową widziałem już od dawna, ale miałem nadzieję, że mnie ominie. I co się stało? Spadło tylko kilka kropli, cały czas świeciło słońce. Pewnie poleciały z wiatrem prosto na mnie.

A chwilę później zaczęła pokazywać się tęcza. O i jaki to był fajny widok! 🙂

Dożynki na dwóch kołach

Święto, nie święto, trzeba rano wstać, jak się później nie chce jeździć w upale. Tak myślałem, ale mimo że wyjechałem przed piątą, ostatnie kilometry kręciłem już w 30-stopniowym upale.

Ale wracając do początku trasy. Po godzinie dotarłem akurat na piękny wschód słońca nad zalewem w Kamionce. Odrobina mgieł i wyzierające zza drzew słońce zrobiły bardzo dobrą robotę.

Mleko, czyli mgła

A co powiecie na takie mgliste klimaty? Otóż tak, to sierpień. Tyle że dokładnie dwa lata temu. Jakoś tak wpadły mi w oko te zdjęcia podczas przeglądania archiwalnych, jeszcze niepublikowanych kadrów.

Pamiętam ten poranek jak dziś. Od samego rana mgły, a od czasu do czasu słońcu udawało się przebić przez mleko i chmury. Bodajże była to również niedziela, skoro mogłem wyruszyć na rower skoro świt.

Pamiętam ten niesamowity klimat i to, że praktycznie nie odrywałem aparatu od oka. Tak, wtedy jeszcze na rowerowe wycieczki zabierałem aparat. Nie tylko smartfon.

Różowa, potem żółta

To miał być jeden z tych naprawdę upalnych dni. I rzeczywiście taki był. Ciekawostka, wyjeżdżając z domu o czwartej nad ranem, termometr pokazywał 21 stopni. Kilkanaście kilometrów dalej, gdzie zrobiłem te zdjęcia, było zaledwie 15. Zaskakująca różnica, ale trzy godziny poźniej już wszędzie było 30.

Dzięki temu udało się choć przez chwilę pojeździć w przyjemnym chłodzie. Najpierw obserwować, jak z mroku powoli wyłania się poranek, a chwilę później, jak nad horyzontem pojawia się najpierw różowa, a po chwili zmieniająca kolor na żółty, kula wschodzącego słońca.

Kanapa

Jedna z najsłynniejszych kapliczek w okolicy. Dlaczego? Nie przez swoją historię, a przez… kanapę domowej roboty, na której można usiąść i odpocząć.

Swoją drogą zawsze zastanawiam się, kto i kiedy na niej przesiaduje. Jeszcze nigdy nikogo tam nie spotkałem. Ale z drugiej strony, najczęściej zaglądam tu o świcie, więc żebyśmy się nie minęli, ktoś musiałby chyba na tej kanapie nocować.

Sama kapliczka stoi pośrodku pól, na niewielkim wzniesieniu, pod okazałym drzewem. Dzięki temu widać ją z daleka i łatwo wypatrzyć z okolicznych pagórków. Nie mam do niej blisko, ale gdy tylko jestem w okolicy, prawie zawsze zbaczam tu na chwilę.

Spontanicznie

Jak zwykle, spontaniczne spotkanie ze słonecznikami. Planując trasę, wplotłem dwie znane mi miejscówki, w których chciałem zrobić zdjęcia. Poza tym tradycyjnie zdałem się na los i to, co spotka mnie po drodze.

I właśnie dzięki temu trafiłem na pole słoneczników. Już z daleka przyciągało wzrok, dosłownie emanowało swoją żółcią. Na miejscu kilka zdjęć, ze dwa krótkie klipy i można było ruszać dalej.

Rowerem przez Rezerwat Herby

Rezerwat Herby chciałem odwiedzić już dawno. Tydzień temu przejeżdżałem w okolicy i zupełnie spontanicznie skręciłem na jego szlak. Tak, rowerem. Takim zwykłym turystycznym.

Szybko okazało się, że to nie była zwykła leśna ścieżka. Korzenie, kamienie i miejscami całkiem wymagający teren. Kilka podjazdów i zjazdów było ponad moje możliwości, więc nie zostało nic innego, jak prowadzić rower.

Ale wiecie co? Właśnie takie niespodziewane skręty często okazują się najlepszymi. Gdybym wcześniej wiedział, co mnie tam czeka, pewnie wybrałbym się tam raczej piechotą niż rowerem.

Dawkowanie

Rzadko bywam na innych pogórzach, a najczęściej jeżdżę po Pogórzu Strzyżowskim, więc mam prawo uważać, że jest ono najpiękniejsze. Ma swój niepowtarzalny urok i ogromną różnorodność krajobrazów. Kryje tyle najprzeróżniejszych zakątków, że nieraz odnoszę wrażenie, iż odkryłem dopiero niewielką ich część. I bardzo dobrze, bo wszystko jeszcze przede mną.

Najczęściej poruszam się tymi samymi asfaltowymi drogami i dawkuję sobie zjeżdżanie na polne ścieżki. Tak samo dawkuję odkrywanie tego, co mniej oczywiste, czasem trudniej dostępne i ukryte z dala od głównych dróg.

Co jakiś czas wplatam takie odcinki do swoich tras i niemal zawsze trafiam na kolejne ciekawe miejsca. A Pogórze Strzyżowskie potrafi się odwdzięczyć. Pokazuje mi swoje najpiękniejsze zakątki, których być może wielu ludzi nigdy nie miało okazji zobaczyć.

Ona się odwdzięczy

Poprawcie mnie, jeśli nie mam racji, ale czy może być coś piękniejszego niż mglisty, a jednocześnie słoneczny wschód słońca? Taki z kolorowymi obłokami na niebie i promieniami światła przebijającymi się przez mgłę?

Do tego wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać ani specjalnie się męczyć. Wystarczy wstać odpowiednio wcześnie, podejść albo podjechać na jakąś łąkę i cierpliwie czekać. No dobrze… jest jeszcze jeden problem. Trzeba trafić na dzień, kiedy natura przygotuje takie warunki.

Tego jednak nie da się przewidzieć w stu procentach, więc sprawa trochę się komplikuje. Ale jeśli będzie się próbowało regularnie, obserwowało pogodę i nie odpuszczało kolejnych poranków, to prędzej czy później natura się odwdzięczy. Choćby właśnie takimi widokami.