Nowa aplikacja SQUADRATS i renesans mojego hobby

O zbieraniu kwadratów pisałem tu już wielokrotnie i popełniłem nawet obszerniejszy artykuł o tej zabawie KLIK . A teraz, kiedy ujrzała światło dzienne aplikacja SQUADRATS, i można zbierać kwadraty „na żywo”, moja pasja przeżywa chyba mały renesans.

Wczoraj wybrałem się rowerem właśnie w tym celu, na jeszcze nieznane mi ścieżki i polne drogi. Muszę przyznać, że te czterdzieści kilometrów, mimo wertepów, miedz i luźnych dróg, minęło jak kilka minut… choć w rzeczywistości zeszło ponad cztery godziny.

Pogoda była przez większość czasu pochmurna, więc rzadko wyciągałem aparat. Ale w tym przypadku nie chodziło o zdjęcia, tylko o samą drogę i tę frajdę z odkrywania nowych kawałków mapy.

Niedobór witaminy D

W taką pogodę nie mogłem sobie odmówić choćby krótkiej przejażdżki, tym bardziej że to był dla mnie wolny od pracy dzień. Chociażby ze dwadzieścia kilometrów.

Wybrałem polne drogi w okolicy, no bo gdzie jak nie tam odnajdę spokój i ciszę. Jazdę umilają ćwierkające ptaki, których trele o tej porze roku coraz bardziej przybierają na sile, zwłaszcza rano.

Odnajdywanie zieleniących się już drzew umila podróż, a przyjemne promienie słoneczne pozwalają chłonąć witaminę D, której po zimie możliwy jest niedobór.

Ani się obejrzymy

Jeszcze chwilę temu było tam błoto, ale tyle dni bez deszczu spowodowało wyschnięcie wszelkiego błota na polnych drogach. Teraz można tam jeździć bez przeszkód.

A jazda po takich nieuczęszczanych drogach polnych to czysta przyjemność. Przyjemność obcowania z przyrodą i obserwowania, jak bardzo powolutku budzi się do życia po zimie.

Przed nami najpiękniejszy okres roku. Ani się obejrzymy, jak wszystko dookoła zrobi się zielone.

Co będzie po deszczu

Coś tam i rowerem pojeździłem w ostatnich dniach.

Dopóki polne drogi są suche. Pomalutku, z aparatem gotowym do użycia. Ze smartfonem gotowym do nakręcenia kolejnego ujęcia.

Co prawda niewiele się na razie dzieje, ale już widzę pierwsze zielone listki. Chyba dość wcześnie, choć pogoda już od jakiegoś czasu jest ciepła.

Myślę, że po zapowiadanych opadach deszczu przyroda wystrzeli. Jakby to był już co najmniej kwiecień.

Jeszcze tam wrócę

Niedzielna przejażdżka rowerowa to nowe tereny, które choć oddalone zaledwie o 20–30 kilometrów od domu, nigdy nie zostały przeze mnie zeksplorowane rowerem. Po tej jeździe dotarło do mnie dlaczego – sporo tam stromych podjazdów, a drogi prowadzą głównie terenami zabudowanymi.

Niemniej oczywiście nie żałuję, tym bardziej że trafiłem na dwie klimatyczne kapliczki oraz kilka kilometrów tras prowadzących przez las. Do tych leśnych odcinków mam plan wrócić, gdy kondycja będzie w szczycie, a do kapliczek też chcę jeszcze zajrzeć, ale o poranku lub, jeszcze lepiej, wieczorem, kiedy światło będzie zdecydowanie zacniejsze.

Wiatrak i nie tylko

Weekend spędziłem na dwóch niespełna pięćdziesięciokilometrowych przejażdżkach rowerowych, a jedna z nich, sobotnia, to między innymi wizyta przy wiatraku w Różance. Lubię tam zajechać, zwłaszcza rano, bo to miejsce ma swój niepowtarzalny klimat.

Niby nic takiego – ot stary wiatrak, choć sumiennie odrestaurowany. Ale poza tym widoki stamtąd są naprawdę zacne na pobliskie wzgórza Różanki i Grodziska.

Szlakiem kapliczek

Sobota była kolejnym dniem bez jednej chmury na niebie. Ale przynajmniej rano nie było przymrozku, co pozwoliło krótko po świcie wyruszyć w drogę. Tym razem wybrałem się na południe, gdzie jest więcej pagórków, ale i po górkach jeździ się fajnie, bo co prawda pod górę jest ciężko, ale z górki można odpocząć.

Po drodze przystanąłem na chwilę przy kilku przydrożnych kapliczkach.

Chmury

Ciężko w to uwierzyć, ale owszem, był jeden dzień z chmurami. I to akurat wtedy, gdy zaplanowałem rower. Wtorek był i pochmurny, i dość chłodny. Wiatr nie rozpieszczał i jak na złość zawsze wiał w stronę przeciwną niż jechałem.

Ale skoro już zwolniłem się z pracy, to trzeba było jechać. Mimo niesprzyjających okoliczności jeszcze nigdy nie wróciłem z roweru niezadowolony, więc tak też było i tym razem. 

Co innego…?

Co ja mogę Wam innego pokazać, niż kilka kolejnych fotek, które zrobiłem w drodze. Wczoraj właśnie legalnie w południe oddaliłem się ze stanowiska pracy, udałem się do domu, wsiadłem na rower i pojechałem przed siebie. Te 11 stopni na termometrze to trochę złuda. Jadąc, odczucie temperatury jest zupełnie inne, ale dobry ubiór zapewnił komfort termiczny i mogłem bez żadnych rozpraszaczy w postaci chłodu cieszyć się jazdą.

No, może wiatr nieco przeszkadzał, ale tylko w jedną stronę. A kiedy zjeżdżałem z asfaltu na leśne ścieżki, zapomniałem o wszystkim. W lasach jest już w miarę sucho, ale wciąż sporo połamanych drzew po listopadowych opadach śniegu. Pamiętacie, co u nas na Podkarpaciu się wtedy działo? Wszystko było oblepione mokrym śniegiem i teraz widać tego skutki, zwłaszcza w lasach.

Wody nie brakuje

Czasami przeglądam moje zdjęcia z czasów, kiedy specjalnie jeździłem na plenery. Wyczekiwałem odpowiedniej pory, śledziłem prognozy pogody i wpatrywałem się w niebo. Trochę mi z jednej strony żal tamtej intensywności, ale ta pasja przecież wciąż trwa. Tyle że teraz jest produktem ubocznym wypraw rowerowych i pieszych. Fotografuję jakby przy okazji i rzadko zdarza mi się jechać stricte na zdjęcia z aparatem. Smartfon zastąpił go w jakichś 90 procentach.

Dziś kolejna partia kadrów z niedzielnej przejażdżki. Na drogach jeszcze błoto i rower z żółtego zmienił kolor na brązowy, ale wody w domu nie brakuje, a z polnych dróg świat wygląda zdecydowanie korzystniej.