Jeszcze nie jesień

Pierwszy września jest przyjęty jako początek meteorologicznej jesieni. Nie oznacza to, że od dzisiaj będzie szaro, zimno i mokro. Z całą pewnością czeka nas jeszcze sporo dni z piękną pogodą. Ja liczę na to szczególnie, bo przez urwanego kciuka jestem ponad miesiąc w plecy z rowerowymi wyprawami.

Tymczasem poniżej zbieranina kilku kadrów, które ostatnio wypatrzyłem jeżdżąc po mojej okolicy.

Myślę, że bardziej sielskiego obrazka już dziś nie zobaczycie. Miły starszy pan pasący krowy. Kiedy zobaczyłem ten widok, musiałem to uwiecznić, bo przypominało mi to żywo moje czasy młodości, kiedy normalne było pasanie krów 😉

Tę sobliwą kapliczkę już tu pokazywałem i nawet złościłem się, że ktoś koło niej postawił tę sofę. Teraz zmieniam zdanie. Całkiem mi sie to podba. Jest przez to inna niż wszystkie inne! 🙂

Wiecie, że lubię jak mi się układa w kadrze. Tutaj złapałem stadko któw z pięknie położynym kościołem w tle.

Zepsuty traktor w środku pół z dala od zabudowań? Ano bywa i tak. Bez koła czekał sobie spokojnie na mechaników.

Nie panikujmy

Kończy się sierpień, a ja chciałbym, aby i wrzesień był równie piękny jak sierpień. Może być już chłodniej, to normalne, ale niech będzie jak najwięcej słońca. Niech noce będa zimne, a ranki spowite mgłą. Niech taka pogoda utrzyma się nawet do końca października.

Najbardziej kolorowa pora roku przed nami, ale spokojnie. Do prawdziwej zimnej, wietrznej i deszczowej jesieni jeszcze sporo czasu! Nie panikumy i cieszmy się każda chwilą ładnej pogody.

Powalony na kolana

Słońce już wzeszło, ale schowane było jeszcze za chmurę. Wyjechałem na szczyt wzniesienia. Jeszcze kilkaset metrów i moim oczom ukazał się ten niezwykły widok. Morze mgieł w dolince. Już wiedziałem, że to będzie piękny poranek i że najlepsze przede mną, kiedy tylko wzejdzie słońce.

Zjechałem w tę wilgoć. Na dole widoczność sięgała miejscami maksymalnie kilkadziesiąt metrów. Wjechałem na kolejną górkę. Wtedy słońce już świeciło. Oniemiałem i widok prawie powalił mnie na kolana. Ale te zdjęcia to pokazywałem już wczoraj 😉

Po co się spieszyć

Kolejny cudowny poranek na dwóch kółkach. To jest coś pięknego móc się przemieszczać bez ograniczeń i podziwiać zmianiający się krajobraz i pogodę. Oczywiście rano, bo wtedy najwięcej się dzieje. Zwłaszcza przez ostatnie dwa tygodnie. W dzień ukrop, w nocy kilkanaście stopni chłodniej, ale rano dzięki temu cudowne mgiełki.

Tego dnia wziąłem urlop i chciałem dzień wykorzystać na maksa. Więc wyjechałem już przed świtem, trzy godzinki pojeździłem po okolicznych pagórkach, a kolejne już lajtowo po równinach. Sto sześdziesiąt kilometrów i prawie jedenaście godzin. No bo po co się spieszyć, skoro tyle dookoła rzeczy do oglądania.

Aż komary wyginą

Kto śledzi moje relacje na żywo na facebooku wie, że to wrzosowisko odkryłem kilka dni temu jadąc rowerem. Czekałem tylko na odpowiedni moment, aby tam pojechać i pofotografować.

Taki moment wydawał sie być wczoraj rano. Akurat przestał padać deszcz, na niebie cieniutka warstwa chmur idealnie rozpraszająca światło. Na przeszkodzie stanęło tylko jedno – miliony wściekle atakujących komarów.

Chciałem na spokojnie, bez pośpiechu tam pospacerować i napawać się tym pięknym zakątkiem. Plany musiały jednak ulec zmianie na szybkie kilka zdjęć. Ale jak komary wyginą w pewnością tam wrócę.

Kiedy minęło

Ach te poranki. Nie wiem po raz który się nimi zachwycam, ale przez ostatnie dni są naprawdę wyjątkowe. Nie wszędzie jest mgła i nieraz muszę się nakombinować gdzie pojechać, ale wcześniej czy później ją znajduję.

Raz na górkach, innym razem w dolinach. Raz prześwituje przez nią słońce, innym razem jest gęsta, że nie widać na kilkadziesiąt metrów. Za każdym jednak razem zachwyca mnie tak samo. Zawsze te pierwsze dwie, trzy godziny od świtu mija mi jak z bicza strzelił, sam nie wiem kiedy.

Alzheimer wymaże

Kontynuując wczorajszy wpis… tuż za wzniesieniem moim oczom ukazał się widok, który prawie że zwalił mnie z nóg, a konkretnie z dwóch kółek. Porzuciłem owe kółka i starłem się uwiecznić ten niesamowity widok, ale uwierzcie, te moje marne próby nie oddają rzeczywistości nawet w połowie.

Ta przestrzeń i falujące mgły oświetlone od tyłu niskim jeszcze słońcem. Ten widok stoi mi przed oczyma do dzisiaj i pewnie zostanie zapisany w neuronach aż po kres moich dni. No chyba, że ten Niemiec… no jak mu tam – Alzheimer dopiero mi go statąd wymaże.

Namiastka

Wydawało się, że tego ranka mgieł nie będzie. Jednak były, tylko nie wszędzie. KIedy wreszcie po kilku podjazdach i zjazdach dostałem się na właściwe wzgórze, tam właśnie mgła była. Niezbyt gęsta i miejscami prześwitywało słońce. Cudowny bajkowy klimat.

A chwilę później, kiedy przejechałem krótki leśny odcinek na samym szczycie pagórka, moim oczom ukazał się widok jeszcze bardziej niesamowity. Jego namiastka na ostatnim zdjęciu, a kolejne już jutro.

Podwójna wartość

W weekend ze swoich wypraw przywiozłem sporo rowerofotek. Miałem nie tylko pełne nogi, ale i ręce roboty. Oprócz kręcenia korbą doszło pstrykanie zdjęć. Odnosiłem wrażenie, że więcej stoję niż jadę.

Jednak grzechem byłoby nie uwiecznić tych widoków. Widoków, które zmieniały się z kilkometra na kilometr. Poniżej chwila po wschodze słońca z zaskakującą kolorystyką. Chwilę wcześniej prawie wyzionąłem ducha, aby szybko wdrapać się na górkę, więc te zdjęcia mają podwójną wartość 😀

Kolory nieboskłonu

Słońce wstało chwilkę temu. Jadę i widzę jak niebo z minuty na minutę robi się coraz bardziej kolorowe. Przyjemny chłodek poranka napędza mnie do aktywności. Potem będzie dużo dużo goręcej.

Wypatruję miejscówki, gdzie mógłbym uwiecznić ten spektakl natury. Spektakl, który wydaje się być tylko i wyłącznie dla mnie. Wszędzie jest cicho i wszyscy jeszcze śpią. Dojeżdżam do obszernej łąki poodgradzanej palikami. To już ostatni moment na utrwalenie tego widowiska. Na łące w gratisie dostaję niskie mgiełki odbijające kolory nieboskłonu.