Różny klimat

W niedzielny poranek wybrałem się na Pogórze Strzyżowskie. Tam ostatnimi czasy niezawodnie co rano zalegają mgły. Jeszcze przed świtem pomknąłem na pagórki aby podziwiać te niesamowite morza mgły. Zjeżdżając z górek zanurzałem się w nie. W wilgoć i chłód. Zaskakujące jak bardzo może różnić się klimat w miejscach oddalonych od siebie zaledwie o kilka kilometrów.

Pasje, które wzajemnie się napędzają

W końcu kilka chmurek. Co rano niebo jest bezchmurne, ale w sobotę było inaczej. Nad wschodnim horyzontem wisiała niepozorna chmurka, którą cudnie pokolorowało słońce nieśmiało przebijające się zza chmur.

Właśnie takie widoki nakręcają mnie do porannego wstawania. Ale wiem, że gdyby chodziło tylko o fotki, nie wstawało by mi się tak łatwo. Ale kiedy jest jeszcze rower, to te dwie pasję napędzają się wzajemnie.

Zapisane w głowie

Zabiorę Was dziś ze sobą na chwilę do lasu. Chyba w piątek (już się gubię gdzie kiedy byłem) spędziłem ze sześćdziesiąt kilometrów w lesie. Większość znanych mi ścieżek i kilka nowych. Było rześko i mgliście. I spokojnie. Cicho. Delikatne mgły tworzyły wspaniały klimat sprawiający, że te kilka godzin niepostrzeżenie minęło. Zostały obrazy, zapachy i dźwięki zapisane w głowie.

Bardzo długo

Planując trasy rowerowe, zaczynam je z domu, albo podjeżdżam z rowerem na dachu auta w jakieś miejsce. Ważne jest, by tak zaplanować trasę, aby podczas tych pierwszych chwil świtu znaleźć się w jakimś fajnym miejscu z widokiem na horyzont.

No i żeby wystartować o odpowiedniej porze, bo inaczej trzeba byłoby tam czekać i marznąć. A poranki ostatnio są naprawdę zimne. Rano potrafi być 7°C, a kiedy kończę trasę 27°C. I jak tu się ubrać? Zazwyczaj wracam z sakwą wypchaną ciuchami, które co kilka stopni zrzucam z siebie 😉

Pogoda jest do zndzenia co rano taka sama. Zero chmur i zamglenia. Mnie to sie nie nudzi. Może tak być baardzo długo.

Tyłek tego nie lubi

Piątkowy poranek postanowiłem spędzić na nizinach. Nie ma tam tak spektakularnych widoków o poranku, jak na pagórkach, ale chciałem pojeździć też trochę po płaskim terenie. Trasę ułożyłem tak, aby na wschód słońca załapać się nad pobliskim zalewem. Przyznam, że spodziewałem się większego zamglenia, no ale tam akurat go nie było.

Mimo to świt był bardzo klimatyczny i naładował mnie optymistycznie na kolejną setkę na dwóch kółkach. Tym razem ponad połowa trasy po leśnych szutrach. Tyłek tego nie lubi, ale reszta mnie jak najbardziej. Cisza, zero ruchu, zero ludzi. Tylko ja i natura.

Byle używać

Nie znam się na aparatach fotograficznych, obiektywach i nie znam się na rowerach. Nie ślędzę nowości na rynku. Zdjęcia robię głównie na trybie półautomatycznym, a obsługa roweru skupia się na umyciu go od czasu do czasu i naoliwieniu łańcucha. Resztę zostawiam serwisantom.

Nie zaprzątam sobie głowy niepotrzebnymi sprawami, a skupiam sie na tym, aby i jeden i drugi sprzęt były używane i nie rdzewiały odłożone w kąt, bo najlepszy aparat to ten, który ma się przy sobie, a najlepszy rower to ten, który nie stoi nieużywany.

Przedłużenie spaceru

Tym razem późne popołudnie, a może już wieczór. Tym razem nie rowerem, a na własnych nogach postanowiłem sprawdzić co słychać w mojej najbliższej okolicy. Uwielbiam ten wrześniowy klimat. KIedy niby jest jeszcze ciepło, ale jeszcze przed zachodem słońca powietrze robi się rześkie.

Coraz szybciej ubywa dnia. Wieczory robią się coraz dłuższe. Po powrocie z zachodów słońca nie trzeba od razu iść spać, a można jeszcze wrzucić zdjęcia do komputera i bez pośpiechu je poogolądać. Takie przedłużenie spaceru.

Przepis na kadr

Czasami bywa tak, że z wyjazdu rowerowego nie przywożę żadnego zdjęcia. Czasami jest to jedno zdjęcie. Jedna krótka, ulotna chwila. Zbieg okoliczności sprawia, że wypatrzę coś ciekawego i znajdę się akurat w odpowiednim miejscu.

Zachmurzone popołudnie nie zwiastowało fotografowania, ale kiedy po dwóch godzinach jazdy wyjechałem na kolejne wzniesienie w chmurach zrobiła się niewielka dziurka. Niepozorne z początku promienie robiły się coraz intensywniejsze, a ja akurat dojeżdżałem do jednej z okolicznych kapliczek. Ot jak pisałem – przypadek, spostrzegawczość i aparat zawsze obecny w sakwie. Cały przepis na ciekawy kadr.

Na sto procent

Nie, nie. Nie zrobiłem w tym samym miejscu z tym samym drzewem czterech zdjęć. Zrobiłem ich o wiele więcej, tak mi się tam spodobało. Jedno niepozorne drzewko, parę beli i w tle cudownie zamglone pagórki. Widok tak hipnotyzujący, że zapamiętam go na bardzo długi i z pewnością będe wracał w to miejsce przy nadażających się okazjach.

Jedna z niedawno odkrytych miejscówek zupełnie niedaleko od domu. Raptem kilkanaście kilometrów od domu. Z dla od zabudowań. A to dla mnie bardzo ważne, bo tylko w takich miejscach potrafię się delektować przyrodą na sto procent.

Jedna droga, cztery kadry

Jeżdżę sobie i wyszukuję nowych kadrów w mojej okolicy, ale często wracam też na moje ulubione miejscówki, jak na przykład to. Pokręcona droga, zwykła niepozorna jakich wiele, ale ja lubię się tam zaczaić na jakoweś kadry.

To miejsce ma jakąś przyciągającą mnie moc. Tym razem o poranku, niedługo po wschodzie słońca z rowerzystą w roli głównej. W pierwszej chwili myślałem, że to grzybiarz z koszykiem na bagażniku, ale chyba jednak nie. Podejrzliwie się za mną oglądał, pewnie zastanawiał się kto jeszcze o tak wczesnej porze nie spi i włóczy się na rowerze 😉