Dzisiaj wracam po raz kolejny do niedzieli, kiedy to słońce uraczyło nas swoimi promieniami. Przedstawiam trzy kadry, które gdzieś tam po drodze mi się nawinęły.



Dzisiaj wracam po raz kolejny do niedzieli, kiedy to słońce uraczyło nas swoimi promieniami. Przedstawiam trzy kadry, które gdzieś tam po drodze mi się nawinęły.



W niedzielę mieliśmy pierwszy dzień meteorologicznej zimy. Listopad minął szybko, a grudzień tylko mignie. Oczekiwanie na święta, na Sylwestra i ani się obejrzymy, jak będzie styczeń.
Wspominam dziś listopadowy poranek i piękne poranne okoliczności przyrody.



Podczas minionego tygodnia sporo jeździłem rowerem (przez siedem dni udało się wykręcić 440 kilometrów), a w niedzielę to nawet złapałem trochę słońca. Co tu dużo mówić, jak świeci słońce, to od razu inaczej się jeździ. I cieplej i przyjemniej. I zdjęcie można się zatrzymać zrobić.
Zaglądnąłem między innymi nad zalew w Cierpiszu i do żwirowni w Czarnej Sędziszowskiej.



Miesiąc kończymy ostatnimi listopadowymi zdjęciami, które powstały kilka dni temu, jakże by inaczej, podczas rowerowej przejażdżki. Pogoda nie rozpieszcza i jeśli temperatura wynosi 2-3° C, to już należy się z tego cieszyć. A jeśli pokaże się odrobina czystego nieba, to już jest szczyt listopadowych marzeń.



Czy w mijającym tygodniu zrobiłem jakieś zdjęcia? Tak, ale niewiele. Czekają sobie spokojnie, bo teraz pochłonięty jestem jeżdżeniem rowerem. Tak sobie pomyślałem, że skoro już tyle tych kilometrów w tym roku przejechałem i do 10 000 brakuje już tak niewiele, to może warto spróbować dobić do takiej okrągłej liczby.
Wszystko uzależnione będzie od pogody w grudniu. Jak nas nie zasypie i temperatury będą dodatnie, to może się uda. Trzymajcie kciuki!
Tymczasem wrzucam kilka fotek z pamiętnego jedenastego listopada, kiedy świt powitał nas mgłą, szadzią i ogólnie bajkowym klimatem.



Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale może by tak jakiś album zrobić z akacjami. Niedługo minie równe osiem lat, jak je fotografuję. Przez ten czas byłem tam pewnie dziesiątki, a pewnie grubo ponad sto razy. Powstało z pewnością setki zdjęć… A nie, poczekam jeszcze dwa lata i zrobię album na dziesięciolecie 😉 Swoją drogą ciekawe, jak gruby będzie. No i przydałby się sponsor… 😉



Niedzielny poranek. Do świtu jeszcze sporo czasu. Ja w drodze na miejscówkę, ale…. po drodze urzekł mnie ten widok. Widok Krzyża na wzniesieniu w tych wczesnoporannych tajemniczych kolorach nieba.

Czy silny wiatr jest gwarantem kolorowego poranka? Nie zawsze, ale bywa. Bywa oczywiście tylko wtedy jeśli dodatkowo układ chmur jest odpowiedni. I tak właśnie było dziś rano.
Nade mną chmury, a kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschodzie czyste niebo. Z mojego punktu widzenia był to tylko cienki pasek bez chmur tuż nad horyzontem, ale to wystarczyło do powstania tych wspaniałych kolorów!
A te zmieniały się z minuty na minutę. Trzeba było być czujnym i wyczekiwać na tym zimnym wietrze najodpowiedniejszej chwili. Ten niemożliwy do opisania róż pojawił się na dwanaście minut przed wschodem słońca i trwał jedynie kilka minut.



Pogoda taka, że przez cały tydzień nie zrobiłem zdjęcia. A nie! To dlatego że dzień jest tak krótki, że cały spędzam w pracy 😉 Wspominam zatem słoneczny dzień sprzed około tygodnia.



Czekam na dni z fajnymi warunkami do fotografowania i do jazdy na rowerze. Dokładnie to czekam na taki weekend, bo w tygodniu rano przed pracą ciemno, to samo po pracy. Tymczasem dziś wspominkowo sprzed półtora tygodnia.


