Chmura szefowa | 5.06.2026

Przestraszył mnie ten szelf, i to nie na żarty. Wybrałem się jak gdyby nigdy nic na spacer, ubrany jak fircyk w zalotach, czyli kompletnie nieprzygotowany na deszcz. Kiedy go zobaczyłem po wyjściu z lasu, do samochodu miałem jeszcze jakieś trzy kilometry, a szelf mógł zwiastować tylko jedno – burzę.

Niespecjalnie się tym jednak przejąłem, bo bardziej od ucieczki interesowało mnie fotografowanie tego groźnie wyglądającego zjawiska. Dopiero po chwili zerknąłem do aplikacji pogodowej, a ta uspokajała, że burza przejdzie bokiem.

Mimo wszystko niepokój nie minął. Resztę drogi do samochodu pokonałem więc lekkim truchtem, od czasu do czasu spoglądając w stronę ciemnych chmur. Ostatecznie deszczu nie było, ale emocji podczas tego spaceru zdecydowanie nie zabrakło.

Zaglądnąłem do ogrodu

Zaglądnąłem kilka razy do ogrodu, żeby sprawdzić, co słychać w świecie makro. Trafiło się kilka ciekawych okazów.

Nad stawem zauważyłem potężną ropuchę (a może żabę?), która odpoczywała sobie jak gdyby nigdy nic. Nie zdawała sobie sprawy, że na głowie siedzi jej muchówka mocno przypominająca komara, która przygląda mi się podejrzliwie, zastanawiając się pewnie, co będę robił. Niestety ropucha nie była zbyt towarzyska i po chwili hopsnęła do wody.

Skakun zawsze jest mile widziany, a ten siedział sobie na suchym liściu przyklejonym do trawy. Było mu tam całkiem do twarzy. Ma chłop gust.

Pajęczyca z kokonem to również widok, który zawsze cieszy. Ta była na tyle cierpliwa, że pozwoliła zrobić sobie kilka ujęć.

Kolesia z czwartego zdjęcia nie znam i nie wiem, co to za jeden, ale jakoś tak wydał mi się godzien uwiecznienia.

Dwa deszcze i mżawka

Żeby tradycji stało się zadość, także i w tym roku pogoda na Boże Ciało nie była zbyt łaskawa. A ja nie mogłem usiedzieć ani jednego dnia dłużej w domu i miałem w planach kolejną rowerową setkę. Żeby zdążyć na procesję, musiałem wyjechać już po piątej rano.

Po drodze złapały mnie dwa deszcze, a na górkach dodatkowo towarzyszyła mi nieprzyjemna mżawka. Mimo niezbyt sprzyjającej aury jechało się całkiem dobrze, choć momentami było mokro.

Tym razem trasa prowadziła przez raczej mało atrakcyjne miejsca, ale jak to zwykle bywa, kilka pamiątkowych zdjęć i tak udało się zrobić.

Jeden staw

Jeden staw, na nim wyspa. Obok drogi, ale jakby w środku lasu. Jeszcze trochę dziewiczy, bo powstał zaledwie trzy lata temu. Z każdym rokiem robi się tam coraz piękniej.

Ścieżka do spacerowania o łącznej długości około dwóch kilometrów, obok rozległa łąka oraz rezerwatowa hodowla konika polskiego. A to wszystko w Nadleśnictwie Tuszyma.

Ja oczywiście polecam wizyty w mgliste poranki, choć i w środku dnia, jak widzicie, jest tam pięknie.

Startujemy z czerwcem

Pierwszy czerwca. Czerwiec to już chyba taki całkiem letni miesiąc, jak mi się zdaje.Przynajmniej w kalendarzu, bo ostatnie rowerowe wypady bardziej przypominały wczesną wiosnę. Temperatury poniżej 20 stopni, wiatr, chmury, a wczoraj to i drobny kapuśniaczek mnie nie oszczędził.

Przed nami przyjemnie krótki tydzień, tylko cztery dni pracy, a potem trzydniowy fajrant. Zbieram siły, bo w nadchodzący weekend nie zamierzam oszczędzać nóg. Jeśli pogoda dopisze, będę z pewnością zbierał kolejne kilometry do kolekcji.