Rezerwat Zabłocie tylko z nazwy

Dziwna sprawa – rezerwat (mowa o rezerwacie Zabłocie), a w jego centrum prywatne stawy. Takie rzeczy tylko w Polsce. Dookoła stawów przez cały dzień (nie wiem jak w nocy) krąży samochód z „ochroną”, która przebędza każdego, kto choćby wychyli kawałek nosa z lasu.

Nie ma gadania, nie ma zmiłuj się. „Ochrona” wozi ze sobą (chyba) petardy, które nader często odpala, aby płoszyć ptaki, które mogłyby nie daj Boże złapać im jakąs rybę z tych stawów. Huku boi się również inna zwierzyna, tak że ów rezerwat jest tylko z nazwy.

Nie ma w nim dzikiej zwierzyny ani ptaków. Wolą się trzymać z daleka od tego niepewnego miejsca. To wszystko mówię z własnego doświadczenia, nie z opowieści, a poniższe zdjęcia zrobiłem jeszcze zanim dowiedziałem się o panujących tam „zasadach” i zanim zostałem przepędzony przez „ochronę”.

Spokojnie i cicho

Człowiek czeka na mgisty poranek. Najlepiej żeby to wydarzyło się w weekend, kiedy ma czas na fotografowanie i żeby mgła nie była za bardzo gęsta. Tak, aby wstającemu słońcu udało się przez nią przedrzeć.

Tego ranka owszem była mgła, ale gęsta i nie ustąpiła do godzin południowych. Ja oczywiście aż do tego czasu nie czekałem na słońce, ale jeszcze przez wschodem uwieczniłem ten mroczny klimat i kolory wręcz nierealne, ale tak właśnie to wyglądało. Niby ponuro, ale z drugiej strony klimatycznie. Spokojnie i cicho.

Wyglądają pięknie

Motyle. Latają również i we wrześniu. Kiedy świeci słońce warto wybrać sie wieczorem na łąkę i popatrzeć ich beztroskim harcom. Czy naprawdę ich życie jest tak beztroskie? Pewnie chwilami tak, ale wciąż czyhają na nie różne niebezpieczeństwa – drapieżniki, wiatr, deszcz i pewnie sporo innych zagrożeń, a poza tym żyją bardzo krótko. Tak więc to co tak pięknie wygląda nie zawsze takim jest…

Może uda się wrócić

Najlepszy aparat to taki, który ma się przy sobie. Po raz kolejny przekonałem się o tym wczoraj.

Kiedy rano po siódmej wyjeżdżałem na wyprawę rowerową było zimno (10 °C), wiał mocny wiatr (oczywiście w twarz), a niebo było zachmurzone. I tak przez kolejne godziny. Kiedy jednak dotarłem na miejsce, które miałem w planie (farma wiatrowa Wysoka – Sonina), to po pierwsze trafiłem na to cudowne pole słoneczników, a po drugie chmury na dosłownie kilka minut pozwoliły zaświecić słońcu.

Udało się zrobić te kilka malowniczych kadrów, a ta krótka chwila pozostanie na długo w mojej pamięci. To było najbardziej owocne 160 km rowerem w tym sezonie 🙂 A może uda się tam jeszcze wrócić gdyby pogoda dopisywała….

Bajkowy świat

Nie spieszyłem się z wyjściem w teren. Moim celem był pokazywany tu kilka dni temu zachodzący rogalik księżyca. Było już po zachodzie słońca, kiedy znalazłem się na wzgózu z rozległym widokiem. Moim oczom ukazał się niezwykły spektakl na niebie. Resztki chmur i kolorowa łuna nad zachodnim horyzontem.

Książkowy przykład światła tak zwanej niebieskiej godziny. Zdjęcia może nie do końca to oddają, ale ten dziwny, chłodny blask odbitego od nieboskłonu światła sprawiał, że poczułem się jak w innym bajkowym świecie.

Senność szybko mija

To może być dylamat – przychodzi weekend i jest to czas, kiedy można odespać cały tydzień. Ale zapewniam, najgorsze jest pierwsze pół godziny po opuszczeniu łóżka. Kiedy znajdziemy się już w plenerze, lesie, łące, polach, kiedy robi się powoli coraz jaśniej i świat dosłownie zmienia się z minuty na minutę, senność mija i zapominamy o wszystkim innym. Najpiękniejszy czas na odkrywanie niesamowitych miejsc w swojej okolicy.

Po godzinie spaceru, może nawet po dwóch senność może wrócić, ale to całkiem normalne. Wracamy więc do łóżka i dopiero wtedy się dobrze śpi. Sam to czasami praktykuję, choć kiedy wracam to raczej szkoda mi dnia i albo siadam do przeglądania zdjęć, albo zajmuję się czymś innym 😉

Obłok czy słońce

Słońce już chyli się ku zachodowi za jednym z okolicznych wzgórz. Spaceruję opodal klasztoru w Kalwarii Pacłąwskiej. Na łące leży stara kłoda drzewa. W jakim celu… nie mam pojęcia. Może do ozdoby, może jeszcze ktoś coś z niej zrobi, zanim całkiem spróchnieje. Za nią rozległa łąka i bezkres pagórków Pogórza Przemyskiego. Na niebie obłok, który również podąża w stronę zachodu. Stoję i czekam kto wygra – on czy słońce.

Tylko ja i wrzosy

Mimo, że to dziś zaczyna sie meteorologiczna jesień, mamy nadzieję na piękną pogodę przez co najmniej jeszcze dwa miesiące. Niech ciepłe i słoneczne dni trwają jak najdłużej, a te deszczowe i zimne mijają jak najszybciej.

Na miejscówkę z wrzosami trafiłem, jak to bywa zupełnie przypadkiem, jakieś dwa, może trzy tygodnie temu. Spacerując po lesie, który mam schodzony wszerz i wzdłuż, udało się trafić w nieznane mi jeszcze miejsca i oto trafiłem na cudowną drogę porośniętą wrzosami. Wtedy jeszcze ledwo kwitły, ale wróciłem tam kilka dni temu.

W tym roku wrzosy nie są tak okazałe jak w ubiegłym, co jest zapewne skutkiem panującej suszy, ale sam fakt przebywania w takim miejscu sprawił mi wiele przyjemności. W lesie żywego ducha (brak grzybów i bardzo wczesna pora), tylko ja i fiolet wrzosów.

Jarzębina na koniec lata

Ostatni dzień wakacji żegnamy drzewkiem jarzębiny rosnącym samotnie na miedzy w szczerym polu na jednym z okoliczych pagórków. Co roku na przełomie sierpnia i wrzesnia wybieram się, aby go uwiecznić o mojej ulubionej porze dnia.

Jutro zaczyna się szkoła, wiele z nas wraca z urlopów, ale nie ma sie co przejmować, tylko być dobrej myśli, że ładna pogoda potrwa jeszcze co najmniej do listopada. Tym optymistycznym akcentem wejdźmy w meteorologiczną jesień 😉

Zachód Księżyca | 29.08.2022

Jak dawno nie miałem takich emocji fotograficznych! Na wczorajszy wieczór miałem upatrzone trzy miejscówki do fotografowania zachodzącego rogalika. Wybrałem tę oddaloną o trzy kilometry od trzydziestometrowego krzyża znajdującego się na sąsiednim wzgórzu.

Bardzo niepewna była pogoda. Niby w ciągu dnia zaczęło się powoli przecierać, ale samym wieczorem nad zachodnim horyzontem zawisła chmura. Jednak tuż nad ziemią był mały prześwit, który dawał nadzieję. Stałem i czekałem licząc na cud. I o dziwo ten się zdarzył! Możecie tylko wyobrazić sobie moją rodość! Cudowny pomarańczowy rogalik zaczął wyłaniać się spod ciemnej chmury.

Warunki bardzo trudne, bowiem było już godzinę po zachodzie. Panowały egipskie ciemności, ale udało się opanować emocje, aby prawidłowo naświetlić zdjęcie. I oto mamy efekt – Księżyc oświetlony w 6 %, 0,9 ° nad horyzontem, zachodzący dokładnie za Krzyżem Milenijnym na Podlasku!

%d blogerów lubi to: