Po biedronce zbierającej się do odlotu przyszedł czas na chrząszcza, którego udało mi się przyłapać na równie niecnych zamiarach.

Po biedronce zbierającej się do odlotu przyszedł czas na chrząszcza, którego udało mi się przyłapać na równie niecnych zamiarach.

W tym sezonie bardzo chętnie pozują mi nerkosze. Są jakoś mniej płochliwe, niż zazwyczaj. Odwieczny problem przy ich fotografowaniu, to zmieścić wszystkie nogi w kadrze. Tutaj akurat mi się nie udało…

Jedną ręką przytrzymywałem sobie listek na którym chrząszczyły się te chrząszcze. A one, a raczej pani chrząszczowa z partnerem na plecach zaczęła uciekać w te pędy. Jednak źle obrali azymut i znaleźli się na moim palcu.

Rynnic w mojej okolicy nie brakuje, ledwo listki na olszach wyrosły, a te już na nich siedziały i siały spustoszenie.

Przy ścieżce, którą często chodzę w poszukiwaniu owadów od kilku lat leży trochę uschniętego drewna. To na nim już kilka razy spotkałem tego owada.

Znachodziłem już najprzeróżniejsze owadzie jaja. Tym razem znalazłem jedno, a naprawdę duże 😉
Najprawdopodobniej jednak to nie jajo, bo jaki owad byłby w stanie złożyć jajo wielkości około osiem milimetrów… Larwa jakaś, albo inna gąsienica musiała się w czymś takim schować.


Wydawało się jej, że jak przyodzieje się na pomarańczowo, to prędzej zostanie zauważona. Miała rację.

– Do kościoła, to ja się zawsze stroje w najlepsze ciuchy jakie mam – przed niedzielną prymarią wystroiła się mała ciemka, albo motylka. Może nie do końca odpowiednio do sytuacji, ale co tam.

Malutkie, ospałe, niemrawe, ale powychodziły już na świat. Na dodatek jeszcze mocno wystraszone, przy najmniejszym trąceniu listka, momentalnie, swoim zwyczajem, przykurczają nóżki i spadają.


Nie, nie, to nie jest jeden i ten sam złotook. Spotkałem ich aż dwie sztuki i każdego udało mi się sfotografować. Dwie sztuki, które siedziały spokojnie na drzewie. Pozostałe latały jak szalone mi przed nosem.

