Cisza

Stonowane, pastelowe kolory. Cisza, bo do najbliższych zabudowań i dróg jest kilkaset metrów. Ani grama wiatru. I ten zapach… wilgotnej trawy, ciepłej ziemi i ogólnie… lata.

Cisza aż dzwoni w uszach – taka, która nie przytłacza, tylko otula. Każdy krok po polnej drodze brzmi jakby wyraźniej, a każdy oddech w tej ciszy wydaje się niemal dyszeniem.

Powietrze miękkie, jakby przefiltrowane przez zachodzące słońce. Zero pośpiechu, żadnych spraw do załatwienia – tylko ja, aparat i niebo, które właśnie dziś postanowiło pokazać się z tej bardziej subtelnej strony.

W takich chwilach wszystko zwalnia. Nawet myśli.

Przymus

Odkąd z przymusu rower poszedł w odstawkę, częściej sięgam po aparat i wybieram się na zachody słońca. Co prawda nie tak regularnie, jak kiedyś, ale kilka razy udało się zmobilizować i… proszę bardzo – oto efekty.

Tym razem trafiłem idealnie – tuż po zachodzie niebo zagrało cudownymi kolorami. Taki spektakl to najlepszy motywator, żeby jednak ruszyć się z domu, nawet gdy na przykład po bieganiu chciałoby się tylko leżeć.

Oczywiście nie trzeba jechać daleko, żeby złapać magię. Wystarczy odrobina chęci, aparat i niebo, które akurat ma ochotę się popisać.

Interwały

Spacer uprzyjemniały tnące bąki. Ale przynajmniej potrenowałem wymachy ramion. Odpędzanie się od nich pochłonęło więcej energii niż sam spacer. Co poradzić, taki urok letniego wieczoru.

Z drugiej strony, przy takiej ilości owadów człowiek przestaje się snuć bez celu i zaczyna naprawdę iść z werwą. Zamiast relaksu – interwał. A po wszystkim można usiąść w domu policzyć nowe ugryzienia i udawać, że to nic… bo przecież było piękne światło.

Sierpniowe czary

Złote sierpniowe wieczory… Mam nadzieję oglądać ich w bieżącym miesiącu przynajmniej kilka razy. Złocące się zboża, czerwone Bizony, których w mojej okolicy wciąż wiele, bele słomy. Niespieszne spacery polnymi drogami i zapachy lata.

W powietrzu czuć już lekki powiew końcówki wakacji, ale to właśnie teraz kolory nabierają głębi. Trzeba tylko dać się ponieść temu rytmowi i pozwolić sierpniowi działać swoje czary.

Postrzępione

Nie ma tego złego… teraz będę miał więcej czasu na wieczorne plenery. Już w sobotę, choć się nie chciało, zabrałem aparat i wyjechałem na pobliskie wzgórze. Przeczucie, jak widać, nadal mam — i oby mnie nie opuściło. Mam nadzieję, że to nie tylko ten jeden raz…

Kilka postrzępionych chmurek na zachodnim niebie i prawie zero wiatru mogły zwiastować tylko jedno. Wystarczyło poczekać, aż słońce znajdzie się odpowiednio nisko, i świat zamienił się w złoto.

Odstawka

Z przymusu rower stoi w piwnicy, a mnie – ze względu na specyficzną kontuzję – pozostały nogi. Na szczęście moje zainteresowania są wszechstronne i kiedy brakło kręcenia na dwóch kółkach, postanowiłem po kilkudziesięciu latach zrobić to, o czym marzyłem przez te kilkadziesiąt lat, a do czego nigdy nie mogłem się zmobilizować. Mowa o bieganiu. Za mną już cztery przebieżki i oby równie często nie łapać kontuzji, co na rowerze…

Tyle prywaty, a teraz wracam do ubiegłotygodniowego wieczoru, kiedy – mimo tnących wygłodniałych komarów – udałem się na spacer po okolicy, aby przewietrzyć siebie i lustrzankę, której ostatnio bardzo rzadko używam. Wieczór był nietuzinkowy, ale szybko zniechęcił mnie ryk motorów jeżdżących po okolicznym lesie. W takich warunkach nie da się fotografować. Mam to niestety ostatnio prawie na co dzień – ja i połowa wsi…

Spotkane

Kończymy lipiec, ale ja jeszcze chwilkę muszę spauzować od roweru.

Zatem po raz kolejny wybrałem się z obiektywem makro do ogrodu i wypatrzyłem kilka ciekawych owadów.

Te z pierwszego zdjęcia okupują aktualnie wysokie trawy rosnące w stawie. Większość z nich siedzi sobie w parach – jeden na drugim – i tak się noszą nawzajem…

Dwójka – mucha. To wiadomo, niby nic ciekawego i wielu obrzydza, ale ja tam je lubię. Oczywiście tylko na fotografii.

Trójka – również jakowaś muchówka, tym razem mniejsza, na smukłych, długich nogach.

Na czwartym zdjęciu – pluskwiak, który okupował liliowce.

Co u pszczół

Posucha w fotografii rowerowej, posucha w krajobrazowej. A to oznacza jedno – obadałem, co tam ciekawego w świecie owadów. W ogrodzie aktualnie kwitnie kilka gatunków roślin, więc i pracowitych pszczół jest pod dostatkiem.

Ja uparłem się, żeby choć jedną sfotografować w locie, co nie było łatwe. Raz – ze względu na ich ruchliwość, dwa – ze względu na brak światła, bo ostatnimi czasy chmury nie schodzą z nieba.

Poranek, czy wieczór

Czy to poranek, czy wieczór… Dwa pierwsze zdjęcia to oczywiście poranek z ścielącymi się w dolinach mgłami, a dwa kolejne to widoki uchwycone teleobiektywem wieczorową porą.
Wszystkie zdjęcia powstały w lipcu 2020 roku, a więc swoje przeleżały na dysku. Dwa pierwsze to widoki z Przymiarek, a dwa kolejne z Liwocza.