Może i było kilka dni z ładną pogodą, ale znów wróciła szarość. Nie pozostaje nic innego, jak wspomnienia sprzed kilkunastu dni, kiedy jeszcze na drzewach były resztki liści, choć kolory były już typowo listopadowe.




Może i było kilka dni z ładną pogodą, ale znów wróciła szarość. Nie pozostaje nic innego, jak wspomnienia sprzed kilkunastu dni, kiedy jeszcze na drzewach były resztki liści, choć kolory były już typowo listopadowe.




Tak, to też listopad, ale jego pierwsze dni. Przymglony, pastelowy poranek nad zalewem. Spacer w ciszy i spokoju, z aparatem na szyi. Bez pośpiechu, w poszukiwaniu kadrów. A te same pchały się przed obiektyw.
W takich warunkach tak to już jest, wracam z minimum setką zdjęć. Pstrykam, choć wiem, że większość pójdzie w kosz. I nie dlatego, że mi się nie podobają. Po prostu nie ma możliwości pokazania Wam wszystkich.




Obudziłem się wcześniej niż zwykle… jak w piosence :). Wyglądnąłem przez okno, a tam już miałem namiastkę tego, co mogło się dziać kilkadziesiąt minut później. Po zmianie czasu była szansa ogarnąć jeszcze krótki spacer przed pracą. Szybko się zebrałem i pod akacje dotarłem w idealnym momencie. A już byłem rozemocjonowany, bo po drodze widziałem, co się na niebie szykuje.
Apogeum kolorów nastąpiło w momencie, gdy wysiadałem z auta. Na nogach miałem buty kosicolowe, więc nie poszalałem z kadrami, musiałem trzymać się utwardzonej drogi, żeby do pracy później nie dotrzeć cały ubłocony. Kilka szybkich ujęć i ze spaceru już zrezygnowałem, bo wiało, a ziąb był niekiepski, a ja na to nieprzygotowany.



Dzisiaj zabieram was do lasu. Ale nie takiego zwykłego. Zabieram was do lasu niezwykłego, który swoją magię zyskał dzięki przepięknemu porannemu światłu. Dzięki lekkiej mgiełce i promieniom przebijającym się przez gałęzie drzew, igły i resztki liści.
A przede wszystkim dzięki paprociom, które w tym spektaklu zagrały główną rolę i trzeba im to przyznać, spisały się znakomicie. Wszystko zagrało idealnie, a nieskromnie powiem, że ja też miałem w tym swój udział, bo przypadek sprawił, że znalazłem się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie.




Z czym kojarzy mi się listopad? Właśnie z takimi kolorami jak na poniższych zdjęciach. Głębokie brązy, odrobina złota, zamglone wschody słońca i cisza, która ma w sobie coś magicznego. Z długimi spacerami po zakątkach, gdzie rzadko stąpa ludzka stopa. Z rześkim powietrzem i intensywnymi zapachami natury, potęgowanymi przez wilgoć.
Wiem, że w rzeczywistości listopad często wygląda inaczej, ale zdarzają się w nim i takie dni, a właściwie poranki, jak ten opisany powyżej słowami i pokazany na zdjęciach poniżej.




W listopadzie, kiedy dzień krótki, a ciemno jest i przed, i po pracy zawodowej, trzeba łapać każdą chwilę względnie ładnej pogody. Nie wyobrażam sobie siedzieć w czterech ścianach w weekend, kiedy nie pada deszcz, bo to właściwie jedyna przeszkoda do wyjścia, i to tylko wtedy, gdy leje naprawdę solidnie. A jeśli prognozy w tygodniu zapowiadają się przyzwoicie, to od czego są urlopy? W końcu po coś się je ma, właśnie na realizowanie swoich zainteresowań i hobby.
A w temacie poniższych zdjęć, to jeden z ostatnich delikatnych poranków z miękkim, subtelnym światłem. Spędziłem go nad zalewem w Kamionce i było dokładnie tak, jak lubię, cicho, spokojnie i z klimatem.




Niedziela rano. Nie mogłoby być inaczej — skoro dzień wolny od pracy, to wiadomo, że nie wyleguję się w łóżku. Co prawda jeszcze wczoraj byłem wykończony po porannych fotospacerach, rowerowej wyprawie i kilometrach biegania, ale po ośmiu godzinach snu obudziłem się jak nowo narodzony. Wystarczyło wrzucić coś na ruszt, wyciągnąć rower i ruszyć w drogę.
Czułem, że przy tak wietrznej pogodzie, jeśli tylko chmury trochę się rozstąpią i pozwolą słońcu się podświetlić, to nie ma innej opcji niż czerwony wschód. I się nie zawiodłem! W takich okolicznościach jechało się naprawdę przyjemnie. No, przynajmniej na początku, bo potem zrobiło się ponuro. Ale co tam — nadal fajnie się jechało.




Jak zacząłem listopad? Wstałem o piątej rano, wrzuciłem aparat do torby i ruszyłem na spacer. Temperatura lekko na minusie, a poranne słońce musiało zrobić mi dobrze na samopoczucie.
Dopóki światło dopisywało, krążyłem po moich ulubionych zakamarkach i nie szczędziłem karty pamięci w aparacie. Ani w smartfonie, bo powstało też sporo klipów do filmów. Zresztą co ja się będę rozpisywał, sami zobaczcie pierwszą dawkę zdjęć!




Brrr… zimnooo! Wrzesień był cieplutki, a tu nagle – kilka dni temu – zrobiło się chłodno. W pośpiechu trzeba było wyciągać zimowe ciuchy z zakamarków szafy, a letnie poupychać na najwyższej półce. Zdecydowanie ciepły okres trwa u nas stanowczo za krótko. Ledwo się zacznie, a już się kończy.
Do tego poranki witają człowieka mgłą i lodowatym powiewem. Rowerowa przejażdżka bez rękawiczek zamienia się w wyzwanie dla odważnych.




Aj, nie chce się rano wstawać, kiedy tak zimno. Jednego dnia termometr pokazywał zaledwie 2 stopnie Celsjusza. Ale dla takich widoków warto wsiąść na dwa kółka choćby na godzinkę czy półtorej. Potem przecież można szybko ogrzać się w domu, a wspomnienia zostają na długo.


