Co zamiast tego?

Czy może być coś piękniejszego niż moc w ciszy i spokoju, podziwiać taki wschód słońca? Oczywiście, że może być! Wszystko zależy od tego, co kto lubi, bo przecież każdy z nas jest inny.

Niektórzy kochają spędzać czas na łonie natury, inni wolą książki, muzykę, sport czy podróże. Jedni relaksują się przy gotowaniu, inni w grach wideo. To właśnie różnorodność sprawia, że świat jest ciekawy – warto szanować, że każdy znajduje radość w czymś innym i cieszyć się z tego, co daje szczęście nam samym.

Jazda przez mgły

Mgły były tylko miejscami. Gdzieniegdzie nad łąkami, a w lasach tylko na większych polanach. Słońce nie świeciło pełną parą, choć było już dosyć wysoko nad horyzontem. Zamglone powietrze pięknie blurowało krajobraz. Jakbym patrzył na świat przez zamglone okulary.

Poranek miał w sobie coś z magii – cisza była cichsza niż zwykle, a każdy oddech niósł zapachy typowe. dla wilgotnego poranka. Droga przede mną zdawała się prowadzić donikąd, a jednak chciało się jechać dalej, by zobaczyć, co kryje się za kolejnym zakrętem. Rower toczył się spokojnie, bez pośpiechu, a ja czułem, że to właśnie takie chwile tworzą prawdziwą przyjemność z jazdy. Wszystko wokół zdawało się zwalniać, jakby świat dostosował się do mojego tempa.

Mgła nad łąką, skrzypienie opon na mokrym szutrze, przelatujące od czasu do czasu ptaki – to wystarczyło, by poczuć się szczęśliwym. Warto dać sobie taką przestrzeń, by w głowie nie było planów ani listy zadań, tylko chwila tu i teraz. Weekend miał smak spokoju, a ja jechałem dalej, jakby świat czekał, żebym go na nowo odkrył.

Wzięli mnie za grzybiarza

Coraz rzadziej wyruszam na rower, a jeśli już, to zwykle na krótkie treningi, żeby wyładować nadmiar energii. W sobotę jednak od rana mój poziom energii był wyjątkowo niski, więc pojechałem bez spiny, ot tak – pokręcić się po okolicy, nagrać kilka ujęć i zrobić parę zdjęć. Szału może nie było, ale delikatne mgiełki unoszące się nad zalewem tworzyły piękny klimat, a poranne światło pozwalało poczuć się jak w zaczarowanym świecie.

Nie wiedzieć czemu, wędkarze łowiący ryby wzięli mnie za grzybiarza, który jedzie w las po swoje grzybowe szczęście. Pewnie nie mieściło im się w głowie, że można tak po prostu jechać nierówną, trawiastą drogą dla innych doznań – dla radości z samego ruchu, dla poczucia wolności, dla świeżego powietrza i ciszy, której w codziennym pędzie tak brakuje. To te drobne, a jednak niezwykle ważne momenty, kiedy człowiek zatrzymuje się w czasie, zamiast gonić za nim.

Bo rower to nie tylko kilometry i statystyki – to także sposób na spotkanie samego siebie. A takie poranki, nawet jeśli na pozór „bez szału”, zostają w pamięci na długo i cieszą bardziej niż najlepszy wynik z licznika.

Aparat w sakwie

Co prawda aparat leżał w sakwie, ale nie chciało mi się go wyciągać. Smartfon był pod ręką, a przecież moje zdjęcia nie trafiają na wystawy, więc nie muszą być perfekcyjne pod względem technicznym. Poranek był senny, chłodny i wilgotny. Dziwiłem się, że ktoś w ogóle był nad wodą. Kilku wędkarzy zaczęło dzień jeszcze przede mną. No wiadomo – pasja to pasja, i ciepłe łóżko idzie w odstawkę, kiedy ona wzywa.

Bardzo delikatna mgła unosiła się nad zalewem, otulając taflę wody. Światło poranka było miękkie i łagodne, jakby wszystko wokół zwolniło tempo, by można było naprawdę poczuć ciszę. Nie było słychać nawet pluskania wody. Chwila absolutnie warta tego wczesnego wstawania.

Za wcześnie

Dzisiejszy wschód słońca nie mógł się „wykluć”. Niby niebo nad wschodnim horyzontem było bez chmur, a słońce ciągle się nie pokazywało. W końcu wszystko się wyjaśniło – za wcześnie wyjechałem z domu i wydawało mi się, że to już, a to jednak było jeszcze za wcześnie.

W końcu doczekałem się i opłacało się czekać, bo sami zobaczcie, jakie piękne kolory pojawiły się na niebie.

Takie chwile mają swój wyjątkowy klimat, bo czas spędzony w ciszy i z dala od codziennego zgiełku daje prawdziwy odpoczynek. To także dowód na to, że warto robić to, co się lubi – wtedy chwile stają się jeszcze bardziej wartościowe. Fotografowanie takich kadrów to nie tylko pasja, ale i sposób na zatrzymanie ulotnych momentów. Zdjęcia przypominają potem, jak piękne potrafią być zwykłe poranki na polskich polach.

Orkiestra kolorów

Dzień budził się powoli. Chmury zalegające nad horyzontem długo nie chciały uwolnić słońca ze snu. Pewnie czuło się ono jak ja rano – gdy duch rwie się na rower albo na fotografowanie, a kołdra trzyma ciało przy łóżku i nie chce go wypuścić.

Od wschodu mijał kwadrans, potem drugi, aż w końcu słońce wyjrzało. I to wyjrzało z przytupem, pokazując się jako mała żółta kulka tuż nad linią horyzontu. A później… no cóż, później nadal było pięknie przez kolejne kwadranse. Do spektaklu dołączyły pierzaste chmury, rozciągając się jak dekoracje na niebiańskiej scenie.

Całość miała w sobie coś z leniwej orkiestry – każdy element natury wchodził powoli, ale gdy już zabrzmiał, tworzył idealną harmonię. Powietrze pachniało świeżością, trawa połyskiwała rosą, a ciszę przerywał tylko śpiew porannych ptaków. To były te chwile, kiedy człowiek uświadamia sobie, że nawet najprostszy wschód potrafi być widowiskiem na najwyższym poziomie.

Kałuże

Jak widzę kałuże, to już wiem, że zdjęcia będą udane. A jeśli trafia się to podczas tak niezwykłego wschodu słońca, z pięknym światłem i mgłami, to już szczyt marzeń fotografa. Tak też było jednego z ubiegłotygodniowych poranków.

Światło wypełniało przestrzeń ciepłymi odcieniami złota i pomarańczy, sprawiając, że każda kropla rosy lśniła jak maleńki kryształ. Mgła otulała krajobraz delikatnym woalem, dodając mu tajemniczości i spokoju.

Powietrze pachniało świeżością, a cisza poranka potęgowała wrażenie wyjątkowości chwili. Kałuże odbijały niebo jak lustra, tworząc drugi świat tuż pod nogami. To był ten moment, w którym człowiek czuje, że natura maluje obrazy lepsze niż jakikolwiek artysta.

Akacje po drodze

Akacje. Padło na nie tego poranka, bo mam je po drodze do pracy. Aura była taka, że mimo iż ciało chciało zostać w łóżku, to duch rwał się w plener. Chciał iść i podziwiać na żywo te cudowne widoki. A było co podziwiać. Świat spowity miejscami gęstą, a miejscami nieco rzadszą mgłą.

Nad nią nierealnie różowe niebo z subtelnymi obłoczkami. Zero wiatru, zero jakichkolwiek odgłosów i dźwięków. Może to mgła tak je tłumiła, a może było jeszcze za wcześnie nawet na wiejskie psy, które lubią poszczekiwać. Nawet bażanty, często drące się z chaszczy, tym razem siedziały cichutko.

I właśnie w takich chwilach człowiek łapie dystans – jakby cały świat zatrzymał się na moment i pozwolił nacieszyć oczy tym spektaklem. To ten rodzaj ciszy i światła, który wchodzi w głowę i zostaje na długo, przypominając, że czasem warto wstać wcześniej, by poczuć magię zwykłego poranka.

Wrzesień

Jak to się stało? Jak to możliwe, że już mamy wrzesień? Przecież dopiero co cieszyliśmy się z pierwszych dni wiosny, potem z pełni lata… a jednak. Ale chwila, chwila – przecież meteorologiczne lato wciąż trwa! Może zrobi się nieco chłodniej, ale do jesieni jeszcze daleko. I bardzo dobrze, bo każdy miesiąc ma w sobie coś pozytywnego, także w pogodzie.

Wrzesień to taki miesiąc na granicy – z jednej strony jeszcze lato, z drugiej już lekki przedsmak jesieni. Poranki bywają rześkie, mgły robią się coraz piękniejsze, a wieczorne światło potrafi zaczarować. To też czas, kiedy można jeszcze złapać ostatnie ciepłe dni, a jednocześnie powoli szykować się na jesienne kolory w naturze.

No i umówmy się – wrzesień ma w sobie coś wyjątkowego. Trochę nostalgii, trochę nowego początku (w końcu zawsze kojarzył się ze szkołą), ale też ogrom uroku w codziennych drobiazgach. Taki balans między tym, co było, a tym, co dopiero nadchodzi.

Przed pracą

Wschody słońca robią się coraz późniejsze. Teraz wypadają tuż przed godziną, gdy ruszam codziennie do pracy. Dzięki temu mogę się gdzieś zatrzymać po drodze i przez chwilę nacieszyć oczy ich pięknem.

Tak było chyba w ubiegły wtorek. Rano zaskoczyły mnie na niebie piękne, pasiaste chmury – jakby ktoś specjalnie je namalował, żeby umilić początek dnia. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zrobić kilku zdjęć.

W takich chwilach człowiek aż zapomina, że jedzie do roboty. Czuję się wtedy trochę jak turysta na własnym podwórku – niby codzienna droga, a jednak co rano potrafi zaskoczyć. I to jest właśnie ta mała magia poranków.