Trochę byłem zawiedziony, kiedy przed świtem wyglądnąłem przez okno. Na niebie nie było jednej chmurki. Ale skoro już wstałem, odpaliłem rower i ruszyłem.
Mimo braku chmur, nad wodą przedświt wyglądał zjawiskowo. Jeszcze w zupełnych ciemnościach.




Trochę byłem zawiedziony, kiedy przed świtem wyglądnąłem przez okno. Na niebie nie było jednej chmurki. Ale skoro już wstałem, odpaliłem rower i ruszyłem.
Mimo braku chmur, nad wodą przedświt wyglądał zjawiskowo. Jeszcze w zupełnych ciemnościach.




W sumie nic niezwykłego. Szutrowa długa prosta polna droga z mnóstwem dziur. Kilka krzaków po poboczach. A do tego niezwykłe niebo i niezwykły poranek. Delikatna chmura, wisząca niczym zwiewna firanka, przypięta do nieba.



Jak wczoraj pisałem, niedzielę zacząłem na ściernisku, ale potem odwiedziłem trzy zbiorniki wodne w mojej okolicy. Na jednym z nich zauroczyły mnie liście grążela żółtego w świetle wschodzącego słońca.
Na drugim też był grążel, ale nie tak atrakcyjny. Zanieczyszczony niestety szlamem zbierającym się na skraju zbiornika.
Przy trzecim nawet nie zjeżdżałem nad wodę, bo praktycznie cała linia brzegowa zajęta była przez wędkarzy i przyczepy kempingowe. Pyknąłem tylko fotkę opodal.



Ależ mi w ostatnim tygodniu dopisywały rankami warunki. Zdradzę Wam sekret, dlaczego tak było. Otóż po prostu w końcu się zmobilizowałem i wstawałem tak, aby już o czwartej wyjeżdżać rowerem z domu.
Oczywiście to nie wystarczy, no miałem farta i co tu dużo mówić. Poniższe fotki są z niedzieli. Na miejscówkę dotarłem zziajany jeszcze przed piątą. W samą porę, aby jeszcze dobiec na pole z belami.



To była jedna z tych wypraw, które pamięta się długo. A to dzięki cudownemu wschodowi słońca, jaki przy okazji miałem okazję podziwiać. Trwało to wszystko bardzo długo, a dzięki rowerowi mogłem szybko przemieszczać się w kolejne miejscówki.
Po czwartej rano miejscami na termometrze było raptem 11 °C. To skutkowało pojawieniem się lokalnych mgiełek. W połączeniu z kolorowym niebem powstał klimat iście bajkowy.




Fart mi, odpukać, dopisuje w tym tygodniu. Najpierw środowy, a teraz sobotni poranek. O czwartej, kiedy wyjeżdżałem rowerem z domu nic nie wskazywało na tak zacny warun. Niebo było czyste, bez chmur.
Po drodze jednak zauważyłem napływające z zachodu chmury, które coraz śmielej podświetlało znajdujące się jeszcze za horyzontem słońce. Przyspieszyłem, by zdążyć. Pierwszą fotę robiłem punktualnie o 4:50. Słońce wtedy gdzieś tam za drzewami dotykało dopiero horyzontu.
Kolejne kilometry przyniosły kolejne zdjęcia, bowiem warunki utrzymywały się jeszcze co najmniej przez godzinę.




Budzik na czwartą, ale o czwartej to ja już siedziałem na siodełku. I dobrze, bo fart chciał, abym w odpowiednim momencie dojechał do pola ze słonecznikami. Tam na miejscu oniemiałem, bo słoneczniki słonecznikami, ale niebo! Co działo się na niebie! Kolory zachwycały i w połączeniu z rozkwitniętymi słonecznikami tworzyły niesamowity krajobraz.



Najpierw się nie chce wstać, a potem czlowiek przeszczęśliwy. I tak praktycznie za każdym razem.




A tak jakoś się obudziłem o piątej rano i stwierdziłem, że jestem wyspany. Nic innego, niż jazda rowerem i robienie zdjęć nie przyszło mi do głowy. No to nie walczyłem sam z sobą i zrobiłem to, co mi podpowiadał wewnętrzny głos 😉




Wsiadam i jadę. Fajnie jak to jest poranek, bo i pofotografować można i na drogach jest jeszcze zupełnie pusto. Nawet psy nieprzepadające za rowerzystami jeszcze drzemią i nie zwracają na mnie uwagi. Słychać tylko ptaki i świerszcze. I co ostatnio istotne – jest jeszcze nieco chłodniej.



