Dożynki na dwóch kołach

Święto, nie święto, trzeba rano wstać, jak się później nie chce jeździć w upale. Tak myślałem, ale mimo że wyjechałem przed piątą, ostatnie kilometry kręciłem już w 30-stopniowym upale.

Ale wracając do początku trasy. Po godzinie dotarłem akurat na piękny wschód słońca nad zalewem w Kamionce. Odrobina mgieł i wyzierające zza drzew słońce zrobiły bardzo dobrą robotę.

Dopowiedziane

Coś szczególnego? Nie, nic takiego. Zwykłe polne drogi, jakieś drzewa, parę beli na polu…

A jednak te zdjęcia, jak dla mnie, mają coś w sobie. Co? Może wspomnienie tego, co bardzo lubię robić. I może nie tyle chodzi o samo fotografowanie, ale o bycie częścią tego wszystkiego. Przyrody, poranka, tej krótkiej, ulotnej chwili.

Niby jestem sam, a przecież dookoła mnóstwo życia. Słyszę poszczekiwanie saren, szum skrzydeł przelatujących chmar ptaków, z oddali klekot bociana, a w trawie pewnie odgłosy przebiegających gryzoni. Na zdjęciach tego nie widać, bo pokazują tylko mały wycinek mojego otoczenia. Ale patrząc na nie, można sobie dopowiedzieć, co działo się i mogło dziać dookoła.

Niby szybko, a wolno

Piąta dwadzieścia to już rozsądniejsza pora. To właśnie o tej godzinie jest teraz wschód słońca. Można i pospać, i jednocześnie korzystać z tej przepięknej pory dnia. Uczestniczyć w tym spektaklu natury. Niby codziennie to samo, a jednak za każdym razem coś innego.

A tu jakaś sarna, a tu coraz częściej spotykane stada ptaków. Być może szykują się do odlotu, nie wiem. A może spotykają się w zupełnie innym celu. To wszystko dzieje się tak szybko. Tak szybko mijaja te najpiękniejsze kilkadziesiąt minut poranka.

A potem, oglądając dziesiątki zdjęć, wydaje się, że trwało to wieczność. Tyle chwil zatrzymanych w kadrze…

Dnia następnego

Wypatrzyłem sobie to miejsce dzień wcześniej, ale wtedy pogoda była zupełnie inna. Zachmurzenie, mgła, ogólnie klimat bardziej do siedzenia w domu niż do robienia zdjęć.

Następnego dnia prognozy zapowiadały bezchmurne niebo od rana i niską temperaturę. Zostawiłem tym razem rower w domu i poszedłemna własnych nogach. Pospacerować, pooglądać i oczywiście coś sfotografować.

Warunki nie zawiodły. Udało mi się złapać te pierwsze chwile po wschodzie słońca, z delikatnymi mgiełkami i od samego początku ostrym, porannym światłem. Brodząc w rosie, wdychając intensywne zapachy wilgotnego poranka i słuchając dobiegającego z oddali klangoru żurawi.

Ile jeszcze upałów

Dobrze jest wyjechać o świcie. Ostatnio poniekąd zmuszała mnie do tego pogoda. W ponad trzydziestostopniowym upale oczywiście da się jeździć, ale czy to jeszcze przyjemność? Ja zdecydowanie wolę nawet deszczowe dni. Zawsze trafi się jakieś okienko pogodowe, a podczas takiego skwaru często jedynym rozsądnym wyjściem jest zostać w domu. Bo inaczej pot leje się strumieniami.

Dlatego coraz częściej wybieram poranki. Chłód, cisza, puste drogi i czyste niebo. To zdecydowanie bardziej moje klimaty.

Poniżej kilka zdjęć właśnie z takiego poranka.

Różowa, potem żółta

To miał być jeden z tych naprawdę upalnych dni. I rzeczywiście taki był. Ciekawostka, wyjeżdżając z domu o czwartej nad ranem, termometr pokazywał 21 stopni. Kilkanaście kilometrów dalej, gdzie zrobiłem te zdjęcia, było zaledwie 15. Zaskakująca różnica, ale trzy godziny poźniej już wszędzie było 30.

Dzięki temu udało się choć przez chwilę pojeździć w przyjemnym chłodzie. Najpierw obserwować, jak z mroku powoli wyłania się poranek, a chwilę później, jak nad horyzontem pojawia się najpierw różowa, a po chwili zmieniająca kolor na żółty, kula wschodzącego słońca.

Ona się odwdzięczy

Poprawcie mnie, jeśli nie mam racji, ale czy może być coś piękniejszego niż mglisty, a jednocześnie słoneczny wschód słońca? Taki z kolorowymi obłokami na niebie i promieniami światła przebijającymi się przez mgłę?

Do tego wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać ani specjalnie się męczyć. Wystarczy wstać odpowiednio wcześnie, podejść albo podjechać na jakąś łąkę i cierpliwie czekać. No dobrze… jest jeszcze jeden problem. Trzeba trafić na dzień, kiedy natura przygotuje takie warunki.

Tego jednak nie da się przewidzieć w stu procentach, więc sprawa trochę się komplikuje. Ale jeśli będzie się próbowało regularnie, obserwowało pogodę i nie odpuszczało kolejnych poranków, to prędzej czy później natura się odwdzięczy. Choćby właśnie takimi widokami.

Te poranki

Wyjeżdżam rowerem, kiedy do wschodu zostało jeszcze pół godziny. Jest już dość jasno, a ja spoglądam w niebo, próbując odgadnąć, jakie będą warunki. Wydaje się, że nad wschodnim horyzontem jest tylko kilka chmurek. Dobre i to, myślę.

Wszystko zaczyna się dopiero w okolicach wschodu słońca. Na niebie pojawiają się kolejne obłoki i lodowe wstęgi pozostawione przez samoloty. Dociera do nich światło słońca, które z mojego punktu widzenia wciąż jest jeszcze schowane za horyzontem, ale już oświetla wszystko wysoko nad ziemią.

Z minuty na minutę robi się coraz piękniej. Ten właśnie moment poranka lubię najbardziej. Najpierw jest niepewność, czy natura przygotuje jakiś spektakl, a później pozostaje już tylko czekać i obserwować, jak wszystko powoli się zmienia.

Blask oślepiający

Aż mnie oślepił ten blask. Jeszcze chwilę wcześniej słońce chowało się za chmurami, a gdy nagle wyszło, mgła unosząca się nad zalewem dosłownie się zapaliła. W jednej chwili rozbłysła ciepłym, złotym kolorem.

To niesamowite, co potrafi zrobić odrobina wilgoci unoszącej się w powietrzu i poranne światło. Uwielbiam obserwować takie chwile i mieć szczęście być ich świadkiem. Gdyby tylko można było przeżywać takie poranki za każdym razem, kiedy wstaję przed świtem…

Chłop czuje

Kiedy wyjeżdżam o świcie i na termometrze jest zaledwie 7 stopni, to wiem, że żyję. Takie temperatury są dla mnie idealne. Te wysokie w ciągu dnia, jak choćby wczoraj, jakoś do mnie nie przemawiają.

Gdy rano jest chłodno, pojawiają się mgły, a powietrze, mimo dużej wilgotności, jest czyste i rześkie mimo wilgotności.

No i te zapachy… Drzewa, trawy, pola. Nagle okazuje się, że to wszystko ma swój własny aromat. Nawet dla takiego chłopa jak ja, który nigdy nie może pochwalić się szczególnie dobrym węchem.