Tryptyk rowerowy

To był udany, przedłużony weekend. Trzy przyjemne trasy rowerowe po około pięćdziesiąt kilometrów, a zdecydowanie najpiękniejsza w niedzielę. Dlaczego? Dlatego, że tego dnia wyruszyłem w drogę punktualnie o świcie, w porze, którą najbardziej lubię na takie eskapady.

Nie było jeszcze upału, tylko przyjemne 2 – 4 stopnie. Bo potem słońce już jarało i zrobiło się chyba z piętnaście. Upał pierwszomarcowy 🙂

A na poważnie, to rano przede wszystkim bywa piękne światło i nie ma ruchu na drogach. No i po powrocie jest jeszcze czas, żeby odpocząć i ewentualnie wybrać się na zachód słońca. Ale o tym jutro.

Jak żywe

Wpadły mi fotki z października 2021 roku, czyli sprzed czterech i pół roku. Sympatyczny poranek opodal żwirowni, konkretna mgiełka, mocne słońce już od samego wschodu i chwilowy klimat, który zapada w pamięć na długo.

Do tego stopnia, że po zerknięciu na zdjęcia wspomnienia wróciły jak żywe, jakby to miejsce odwiedziło mnie zaledwie kilka dni temu.

To pamiętam

Przeglądam stare zdjęcia. Wystarczy mi chwila, aby przypomnieć sobie okoliczności powstania większości z nich. Codziennych spraw często nie pamiętam, a w pracy jeśli czegoś nie zapiszę, to po prostu zapomnę. A okoliczności robienia zdjęć pamiętam doskonale. Wybiórcza pamięć. To chyba nie choroba? A nawet jeśli, to wolę pamiętać to niż cokolwiek innego.

Maj 2023 roku. Wstałem przed świtem, aby pojechać na rower. Było bardzo zimno, ale wiedziałem, że później zrobi się cieplej, jak to bywa w maju. Póki co jechałem we mgle i co rusz zatrzymywałem się na fotografowanie. No bo jak nie robić zdjęć w takich warunkach? Mgła, przedzierające się przez nią słońce. I ta przyjemność z jazdy, porannej ciszy i spokoju.

Tydzień wspominkowy

Czy Wy też tak macie, że zimą czas strasznie się dłuży, a wiosną, latem i jesienią leci jak szalony? Bo ja zdecydowanie tak mam. Styczeń ciągnął mi się niemiłosiernie i czuję, że z lutym będzie bardzo podobnie.

Pewnie dlatego, że niecierpliwie czekam na cieplejsze dni, żeby znów wsiąść na rower i coś więcej pofotografować. Bo stanie gdzieś na mrozie i fotografowanie to żadna przyjemność. Nawet podczas spacerów – chwila postoju, kilka zdjęć i odmrożenia rąk gwarantowane.

Pozwólcie więc, że zrobię sobie mały tydzień wspominkowy. Niepublikowanych zdjęć mam pełny dysk, a na pierwszy ogień pójdą foty z sierpnia 2021 roku. Z mglistego poranka, który razem z wędkarzami spędziłem nad zalewem w Kamionce.

Witamina D

Może kolorów szałowych na niebie nie było, jedynie wąski pomarańczowawy pas nad horyzontem, ale istotne było to, że był to słoneczny poranek jod niepamiętnych czasów. Ani mróz, ani wiaterek nie mogły pokrzyżować mi planów. Miałem zamiar chłonąć promienie słoneczne i wytwarzać witaminę D.

A zupełnie przy okazji pstryknąć sobie kilka fotek. Tak wyglądało moje niedzielne przedpołudnie.

Hipnotyzujące

Poranek nad stawem. Delikatnie prześwitujące przez gałęzie słońce ledwo przebijało się przez lekką mgiełkę unoszącą się w powietrzu. Wyciągnąłem teleobiektyw i poszukałem kilku kadrów pokazujących, jak światło maluje detale.

Spokojna i magiczna chwila. Czas zwolnił, serce uspokoiło tętno po kilkudziesięciu kilometrach jazdy rowerem. Te odbicia w wodzie były hipnotyzujące…

Jeden problem

Najnowsze prognozy pogody wskazują na najbliższe dwa tygodnie bez śniegu. Z dodatnimi temperaturami i zmienną pogodą. Wiatr – bez wiatru, deszcz – bez deszczu, chmury – słońce. No może tego słońca dużo nie będzie, ale miejmy nadzieję, że jednak odrobinę się pojawi.

A jak zmienna pogoda, to szansa, choć pewnie niewielka, na piękne wschody i zachody słońca. Problem jest tylko jeden – jak wschodzi, to ja już jestem w pracy, a jak zachodzi, to ja z niej dopiero wracam…

Jeleń i mgła

Końcówka września. Bezwietrznie, spokojnie, cicho i mgliście. To był poranek, który postanowiłem poświęcić na spacer po lasach i leśnych polanach. Miękkie światło otulało okolicę i mnie samego. Poranna rosa omiatała buty. Gumiaki były od niej czyściutkie, jakbym szedł po wodzie. Podświadomie stawiałem kroki bardzo ostrożnie. Nie chciałem zmącić tej wszechobecnej ciszy.

Wtem, kilkadziesiąt metrów przede mną, bezszelestnie jak ja pojawił się jeleń. Nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Spacerował, tak jak ja, cicho, samotnie i w zamyśleniu. Czy on też potrafi cieszyć się widokami? Hm…

Minimum sto

Tak, to też listopad, ale jego pierwsze dni. Przymglony, pastelowy poranek nad zalewem. Spacer w ciszy i spokoju, z aparatem na szyi. Bez pośpiechu, w poszukiwaniu kadrów. A te same pchały się przed obiektyw.

W takich warunkach tak to już jest, wracam z minimum setką zdjęć. Pstrykam, choć wiem, że większość pójdzie w kosz. I nie dlatego, że mi się nie podobają. Po prostu nie ma możliwości pokazania Wam wszystkich.