Niedzielna eskapada

Ta miejscówka mnie nie zawodzi. Zwykły most nad Wisłokiem, a często trafiam tam na ciekawe sytuacje. Zazwyczaj są to piękne wschody słońca i mgły, ale raz udało mi się sfilmować przebiegające przez wodę stadko danieli, w tym jednego czarnego.

Niepozorne drzewko z drugiego zdjęcia również jest położone w takim miejscu, że jadąc obok niego o poranku, świetnie prezentuje się na tle sąsiednich wzgórz. Dziś pasły się pod nim dwie sarny.

Urokliwa dróżka biegnąca szczytem wzniesienia na granicy m. Grodzisko i Tułkowice. Czasami, mimo że to górka, bywa spowita mgłą. Dziś poranek był wietrzny, więc zamiast mgły było tylko słońce i czyste niebo.

No i ślimak. Od czasu do czasu spotykam je o porankach na drodze. Wtedy obowiązkowa sesja zdjęciowa, a potem ewakuacja na pobocze.

Raj

Ja sobie tego nie wymyśliłem. Tak było dziś rano, a to tylko kilka ze zdjęć, które udało mi się zrobić. Wyjeżdżając z domu o czwartej, niebo wydawało się czyściutkie i nie byłem pewien, czy na równinach będą mgły. Powinny być, bo wczoraj padało, a dziś rano było raptem 7 stopni na plusie.

Nie zawiodłem się. Z czasem, gdy słońce zza horyzontu oświetlało coraz to nowe połacie nieba, zaczęły pokazywać się kolejne kolorowe chmury, a na równinach faktycznie leżały mgły.

Trafiłem do raju.

W głąb

W niedzielę wybrałem się na rower mniej więcej godzinę po wschodzie słońca. Wcześniej nie było sensu ruszać, bo niebo przykrywały chmury, a później wcale nie wyglądało to wiele lepiej. Słońce pokazywało się tylko od czasu do czasu, ale przynajmniej poranek był jeszcze przyjemnie rześki i bez upału.

Kiedy zapuściłem się w głąb Pogórza Strzyżowskiego, okazało się, że tu i tam unoszą się delikatne mgiełki. Natomiast gdy zza chmur na chwilę wychodziło słońce, odległe pagórki wyglądały naprawdę zjawiskowo, skąpane w miękkim porannym świetle.

Nie był to poranek z idealną pogodą, ale to takie warunki często dają najbardziej klimatyczne kadry. Wystarczy kilka minut słońca, odrobina mgły i odpowiedni widok, żeby cała rowerowa wycieczka okazała się warta wczesnego wstawania.

Spektakl dla mnie

Wyruszyłem bez większych nadziei na mgliste krajobrazy. Co prawda była wczesna pora, ale poranek był wyjątkowo ciepły, z temperaturą około 17 stopni, więc wydawało się, że na mgły nie ma już szans.

Tym większe było moje zaskoczenie, gdy trafiłem na te delikatne mgiełki, a nad horyzontem właśnie wschodziło słońce. Taki widok musi robić wrażenie, zwłaszcza gdy pojawia się zupełnie niespodziewanie.

To musiał być naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności. Podczas blisko 100-kilometrowej trasy znalazłem się dokładnie w tym miejscu i o tej porze, kiedy natura przygotowała taki spektakl.

Ostatni dzień upałów

Ubiegły tydzień. W ostatni dzień upałów po raz kolejny wybrałem się na rower, ale tym razem jeszcze przed świtem. Już o trzeciej w nocy było dwadzieścia stopni, ale w porównaniu z tym, co działo się w ciągu dnia, był to naprawdę przyjemny chłodek.

Jednym z moich przystanków były stawy widoczne na zdjęciach. Gdy tam dotarłem, słońce właśnie wschodziło, a na niebie pojawiły się piękne kolory poranka. Ich odbicie na spokojnej tafli wody tylko dopełniło ten wyjątkowy widok.

Jeśli nie te, to…

Jak znajduję te miejscówki? Tak naprawdę ich nie szukam. Po prostu jadę i fotografuję tam, gdzie zastanie mnie wschód słońca albo gdzie po drodze coś przykuje moją uwagę. To całkowity spontan.

Nawet nie staram się zapamiętywać wszystkich tych miejsc. Wiem, że prędzej czy później znowu na nie trafię. Może za rok, może za dwa.

A jeśli nie, to odkryję kolejne. Być może ciekawsze, być może mniej spektakularne, ale wciąż takie, które mnie fascynują i dają motywację do jeżdżenia rowerem po okolicy. Tej bliskiej i tej nieco dalszej.

Trzy litry wody

Drugi dzień z rzędu pobudka o drugiej w nocy nie należała do moich ulubionych atrakcji. Ale jeśli chciałem zrobić kolejną setkę rowerem i jednocześnie uniknąć upałów, to wyjazd przed świtem był jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

Tym razem celem była farma wiatraków. Kilometrów starczyło akurat na mój ulubiony rowerowy dystans. Na miejscu tylko kilka szybkich zdjęć i od razu w drogę powrotną. 

O ile w nocy było te 15 stopni, to już po szóstej miejscami temperatura dochodziła do trzydziestki. O tym jak było gorąco świadczy to, że w trasie zniknęły trzy litry wody i wystarczyły dosłownie na styk.

Dystans koronny

No gorąco… tego nie da się ukryć. Ale na wszystko można znaleźć sposób. Pobudka o 2:00, a o 3:00 byłem już na rowerze. Przy temperaturze od 13 do 17°C jechało się naprawdę przyjemnie. Dopiero około siódmej termometr  na rowerze pokazał ponad 20°C, a później temperatura rosła już błyskawicznie. Na szczęście po ósmej, kiedy zbliżała się do trzydziestki, ja byłem już w domu.

Cel wyprawy był prosty, przejechać mój koronny dystans 100 km i odwiedzić między innymi urokliwe stawy, które jakiś czas temu odkryłem zupełnie przypadkiem. Bardzo lubię zbiorniki wodne, a ten ma swój urok.

Nie spędziłem tam zbyt wiele czasu, bo zależało mi na powrocie przed największym upałem. Zrobiłem jednak kilka zdjęć, żeby zachować wspomnienia z tej porannej wyprawy. Mam nadzieję, że i Wam przypadną do gustu.
Stawy znajdują się w miejscowości Podleszany.

Niewiele widać?

Niewiele widać? Ja też niewiele widziałem. Bo pierwsze trzy zdjęcia zrobiłem około godziny 3:20! A na liczniku miałem już prawie 20 kilometrów.

Tak, wstałem i wyjechałem o nieludzkiej porze tylko po to, żeby z siodełka podziwiać wschód słońca. Tyle że ten spektakl zaczął się dużo, dużo wcześniej niż sam moment pojawienia się tarczy nad horyzontem.

Niebo powoli budziło się do życia. Już dwie godziny przed porą wschodu słońca malowało się kolorami, które wynagrodziły każdą minutę wyrwaną ze snu. A dzięki takim widokom po drodze jechało się przyjemniej mimo egipskich ciemności.

Startujemy z czerwcem

Pierwszy czerwca. Czerwiec to już chyba taki całkiem letni miesiąc, jak mi się zdaje.Przynajmniej w kalendarzu, bo ostatnie rowerowe wypady bardziej przypominały wczesną wiosnę. Temperatury poniżej 20 stopni, wiatr, chmury, a wczoraj to i drobny kapuśniaczek mnie nie oszczędził.

Przed nami przyjemnie krótki tydzień, tylko cztery dni pracy, a potem trzydniowy fajrant. Zbieram siły, bo w nadchodzący weekend nie zamierzam oszczędzać nóg. Jeśli pogoda dopisze, będę z pewnością zbierał kolejne kilometry do kolekcji.