Zanim skończy się miesiąc, chcę wrocić jeszcze do początku stycznia, kiedy miał miejsce ten niesamowity w barwy, wschód słońca.



Zanim skończy się miesiąc, chcę wrocić jeszcze do początku stycznia, kiedy miał miejsce ten niesamowity w barwy, wschód słońca.



Dziś kolejne fotki z jednego ze styczniowych pogodnych, a zarazem mglistych poranków.




Śniegu już dawno brak, ale poranki nieśmiało przebłyskują kolorami. Gdyby jeszcze ten wiatr był spokojniejszy…



Jeśli takie miałyby być wszystkie poranki w weekendy, nie miałbym najmniejszych problemów z porannym wstawaniem. Mogę je podziwiać bez końca.




Czy na równinach płaskich jak stół da się wyszukać jakieś ciekawe kadry? Nie jest łatwo, ale kiedy użyć dłuższej ogniskowej i jako sprzymierzeńca mieć cudowne światło rozporoszone przez poranne mroźne mgły, to sprawa wydaje się dużo prostsza.



Nic tu niezwykłego dziś nie zobaczycie. Poranek, jakich być może było wiele. Kilka drzew, jakiś spróchniały pień, droga, pola uprawne.
Ale kiedy wczuć się w te zdjęcia można jeszcze poczuć przyjemny chłód poranka, zapach nieprzypinający zupełnie niczego, ale bardzo przyjemny. Można usłyszeć nieliczne ćwierkające ptaki i kilka skrzeczących gawronów latających nad głową. Pod stopami poczuć zmrożoną nierówną ziemię, a na twarzy orzeźwiający zefirek.




Na niebie nie było żadnych chmur. Jedynie unosiła się lekka mgiełka. To wystarczyło, aby na kilka chwil świat stał się czerwony jak buraczki ćwikłowe.
To niedzielny poranek, czas kiedy słońce jeszcze nie wyszło ponad horyzont. Właśnie wtedy kolory potrafią najbardziej zaskakiwać. Warto mieć przygotowany aparat nawet na godzinę przed wschodem.




Moje postanowienie na nowy rok? Zazwyczaj nie robię, ale na ten mam takie, żeby… mniej jeździć na rowerze. Tak, bo chyba jednak trochę przesadziłem w ubiegłym roku. 217 dni na rowerze… niby fajnie, ale przez to opuściłem się w fotografowaniu wschodów i zachodów słońca. Takiego prawdziwego fotografowania, z lustrzanką i statywem. A nie z przypadku, smartfonem znad kierownicy.
Poniżej kilka zdjęć z wczorajszego poranka. Te cudowne barwy pojawiły się na długo przez wschodem słońca. Długi czas naświetlania wyciągnął z tego wszystko, co najlepsze.




Pokaż w końcu Witek te swoje fotki z pierwszego stycznia. Ok, już pokazuję. Przeleżały one na dysku półtora tygodnia, ale w końcu dziś ujrzą światło dzienne.
Co mogę o nich napisać… niech same przemówią, bo ja to zaniemówiłem, kiedy zobaczyłem co się dzieje na niebie.




Ubiegłej niedzieli pogoda nie zachęcała do wyjścia z domu. Na termometrze 7°C na minusie i porywisty, mroźny wiatr opowiadały się za tym, aby zostać w domu. Przetrwałem jednak te wydłużające się chwile wahania i pojechałem nad pobliską żwirownię.
I w ostatniej chwili zdążyłem na najpiękniejszy spektakl na niebie. Najbardziej intensywne barwy pojawiły się na kilkanaście minut, więc po wyjściu z auta trzeba było odpalić turbo w nogach, abym zdążył dobiec na miejsce.



