Niedzielny poranek. Do świtu jeszcze sporo czasu. Ja w drodze na miejscówkę, ale…. po drodze urzekł mnie ten widok. Widok Krzyża na wzniesieniu w tych wczesnoporannych tajemniczych kolorach nieba.

Niedzielny poranek. Do świtu jeszcze sporo czasu. Ja w drodze na miejscówkę, ale…. po drodze urzekł mnie ten widok. Widok Krzyża na wzniesieniu w tych wczesnoporannych tajemniczych kolorach nieba.

Czy silny wiatr jest gwarantem kolorowego poranka? Nie zawsze, ale bywa. Bywa oczywiście tylko wtedy jeśli dodatkowo układ chmur jest odpowiedni. I tak właśnie było dziś rano.
Nade mną chmury, a kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschodzie czyste niebo. Z mojego punktu widzenia był to tylko cienki pasek bez chmur tuż nad horyzontem, ale to wystarczyło do powstania tych wspaniałych kolorów!
A te zmieniały się z minuty na minutę. Trzeba było być czujnym i wyczekiwać na tym zimnym wietrze najodpowiedniejszej chwili. Ten niemożliwy do opisania róż pojawił się na dwanaście minut przed wschodem słońca i trwał jedynie kilka minut.



Pogoda kiepska, ale nie zawsze tak było, bo tydzień temu cieszyliśmy się słońcem, a ja oczywiście spędziłem część dnia na dwóch kółkach. Między innymi zaglądnąłem do akacji, bo dawno tam nie byłem. Nic się nie zmieniło. Mają się dobrze i wciąż świetnie się prezentują.



Tak wyglądał jeden z ostatnich poranków. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury, a mnie spodobał się ten mroczny klimat.

Obudziłem się o świcie, ale -4° C to trochę za zimno na rower, a tyle było dziś rano. Postanowiłem sprawdzić, czy przy takich warunkach nie widać przypadkiem Tatr, które znajdują się ponad 130 km w linii prostej od mojej okolicy.
Mimo że teraz rzadko używam aparatu, ten cały czas czeka gotowy do akcji w torbie. Szybciutko udało się wybrać i po piętnastu minutach byłem na pierwszej miejscówce w Szkodnej. Tatry było widać w całej ich okazałości. Prezentowały się epicko w jesiennej szacie i porannym świetle.
Pojechałem na kolejną miejscówkę do Glinika. Niestety przy drodze wyrastają krzaczory, które coraz to bardziej utrudniają obserwację z tego miejsca.
Na koniec Sobótki w Zagorzycach. Gdzieś tam pomiędzy drzewami również je widać.




Poranek święta Wszystkich Świętych od dawna spędzam samotnie na plenerach fotograficznych lub na wyprawach rowerowych. Tak też było wczoraj. Nie zważając na ziąb, wyruszyłem jeszcze przed świtem, aby podziwiać jesienne krajobrazy w świetle wschodzącego słońca.




W sobotę musiałem wstać przed świtem i to wcale nie z powodu roweru ani fotografowania. Jednak kiedy zerknąłem przez okno, już czułem, że to będzie niezwykły poranek.
Pomyślałem, że obowiązki nie zając, nie uciekną i podjechałem na pierwszą lepszą miejscówkę czekać na rozwój wypadków.
Czekałem i czekałem, aż na kilkanaście minut przed wschodem słońca nastąpił punkt kulminacyjny. Niebo zrobiło się czerwone nie tylko na wschodzie, ale dookoła horyzontu, a nawet w zenicie!
Już byłem spóźniony, więc zrobiłem szybciutko poniższe trzy foty i musiałem zmykać do domu.



O 6:15 musiałem kadrować po omacku, bo nic jeszcze nie było widać. Wtedy powstały dwa pierwsze zdjęcia. Uwielbiam ten moment, kiedy nie widzę co fotografuję, a po długim naświetlaniu na ekraniku aparatu pokazuje się obraz wyglądający, jakby był robiony w środku dnia. Tylko kolory zdradzają porę. Są niepowtarzalne i nie do podrobienia.
Kolejne dwie fotki powstały również przed wschodem słońca, ale nieco później. Wszystko to w sobotni poranek, kiedy to w końcu zabrałem na spacer swoją lustrzankę.




To był przepiękny poranek. Tym razem rower zostawiłem w domu, zapakowałem w torbę aparat i wybrałem się na fotografowanie na własnych nogach. Emocje, bo tak dawno nie fotografowałem lustrzanką, nie pozwoliły mi spać zbyt długo, Tym samym na miejscówkę dotarłem, kiedy jeszcze panowały egipskie ciemności.
Owszem, światło było piękne, ale to dopiero po wschodzie słońce świat stał się tak kolorowy, że poczułem się zagubiony, nie wiedziałem czy podziwiać, czy fotografować… Gdzie nie spojrzałem, tam przed oczyma malowały mi się kolejne kadry…




Aż miło jedzie się do pracy w takich okolicznościach przyrody, choć ciężko skupić się na drodze. Wyjechałem jednak odpowiednio wcześnie, żeby móc się zatrzymać, sfotografować i popodziwiać to piękne niebo.


