Po kolana w trawie

Kiedy jest taki niesamowity klimat, nie zastanawiam się, czy gdzieś utknę tym swoim rowerem, czy uda się przejechać. Nie zważam na rosę na wysokich trawach i na przemoczone buty. Na zimno i dziury w czymś, co było drogą, albo jest łąką. Dopóki jest fajnie, potrafię jechać, byle dotrzeć do nowych miejsc. Pewnie nie raz ktoś widząc mnie z rowerem w takich miejscach mocno się zdziwił. No ale sami zerknijcie, czy taki klimat może nie zauroczyć? No nie może.

Jak sowa

Tak zwana niebieska godzina. Kiedy jeszcze słońce jest za horyzontem, ale już jest odrobinę jasno. Oczy może jeszcze nie rozróżniają wszystkich szczegółów, ale aparat podczas dłuższego naświetlania tak . I to właśnie wtedy kolory są najbardziej nierzeczywiste . Trochę żal, że człowiek nie widzi po ciemku tak dobrze jak na przykład sowa. Wtedy mógłby się takimi kolorami delektować na gołe oko, bez potrzeby używania aparatu, do wyciągnięcia barw.

Zwykła droga

W niedzielę pokazywałem już zdjęcia z tego magicznego poranka. Zwykła droga pośród pól, otoczona prowizoryczną siatką – niby nic nadzwyczajnego, bo takich miejsc jest pewnie wiele. Ale tego poranka zyskała zupełnie inny wymiar dzięki cudownemu światłu o wschodzie słońca.

Bajkowe mgły i przebijające się przez nie promienie tworzyły widok, który naprawdę potrafi zapierać dech – zwłaszcza komuś wrażliwemu na piękno natury. Dookoła śpiew ptaków, a poza tym cisza, jak makiem zasiał. Aż można było poczuć dreszcze na plecach – i to nie tylko z wrażenia, bo termometr pokazywał dokładnie zero stopni.

Widmo Brockenu na równinie

Wstałem o czwartej. Niby wcześnie, ale wiadomo – kto rano wstaje, ten może zobaczyć cuda. O 4:50 już byłem na rowerze. Trasa była zaplanowana, ale jak tylko zobaczyłem, gdzie ściele się mgła, plan się rozsypał i uległ natychmiastowej modyfikacji.

Zboczyłem z trasy z konkretnym celem – zrobić zdjęcia, które sam będę chciał oglądać jeszcze przez tydzień. W tej gęstej, mlecznej ciszy świat był jakiś bardziej skupiony. Fotografowałem i nagrywałem filmy, czułem się jak w innym wymiarze. Gdy wyjechałem nieco z mgły i spojrzałem w bok, stało się – pojawiło się widmo Brockenu! Rzadkość na równinach! Mój cień, zawieszony na kurtynie mgły, otoczony tęczową aureolą – jak z innego świata.

Zatrzymałem się i oniemiałem. Nie wiedziałem, czy sięgać po iPhone’a, czy wyciągać aparat – ręce same nie mogły się zdecydować. Stałem w rozterce, a mój cień – jakby naprawdę żył – patrzył na mnie wyraźnie zniecierpliwiony. W końcu sięgnąłem po oba. Bo takich momentów nie zostawia się bez śladu.

Drzewa samotne

W sobotni poranek wsiadłem na rower o świcie, a na tapet poszły między innymi zdjęcia samotnych drzew, które spotkałem po drodze. Takie chwile to czysta magia – poranne światło, które powoli wlewa się w każdy zakamarek, roztacza ciepłą, złotą poświatę, oświetlając świat delikatnymi barwami. Rosa pokrywa trawę, a powietrze jest rześkie i świeże, wręcz orzeźwiające.

Niskie słońce maluje długie cienie na ziemi, tworząc niesamowity klimat. Drzewa, stojące samotnie wśród łąk, na polach, przy drogach, wyglądają jak pomniki ciszy i spokoju. Każdy z tych widoków to chwila, która zatrzymuje czas, gdy świat budzi się do życia, a ja jestem tam, by to wszystko uchwycić.

Wiatrak w Różance o świcie

W sobotę o świcie gorąca nie było, ale dobre i te 3-4 stopnie. Po prostu trzeba było jechać dwa razy szybciej niż normalnie, aby było cieplej. Udałem się w stronę wiatraka w Różance. Byłem tam kilka dni temu i postanowiłem, że muszę wrócić tam o poranku.

Dotarłem na miejsce, a tam – cisza jak makiem zasiał. Nawet koguty jeszcze nie piały, jakby cały świat spał. Tylko odgłos kół roweru i śpiew ptaków przerywał tę spokojną poranną atmosferę. Rosa na trawie, gdzie niegdzie mgła unosząca się nad łąkami, wszystko to tworzyło magię wczesnego poranka. Takie chwile sprawiają, że warto wstać przed świtem, choćby i po to, by poczuć tę wyjątkową atmosferę. W końcu wiatrak w Różance, przy takim spokoju, wyglądał jak z bajki.

Cuda o poranku

Takie mgliste poranki mogłyby zdarzać się częściej. Gdzie się nie obejrzę, tam gotowy kadr na zdjęcie. Nie inaczej było pewnego ranka w mijającym tygodniu – mgły snuły się leniwie nad polami, światło było miękkie i klimatyczne, a ja już wiedziałem, że to będzie udany fotograficznie poranek.

Jedyny problem? Czas. Bo choć w głowie miałem kilka miejsc, do których warto byłoby zajrzeć, to zegarek brutalnie przypominał, że praca sama się nie zacznie. Ale co tam, parę minut na szybkie kadry musiało się znaleźć – takie warunki nie zdarzają się codziennie!

Mgieł i brak drugiego śniadania

Wtorkowy poranek. Budzę się przedwcześnie. Przeciągam się, zerkam przez okno… i momentalnie dochodzę do siebie. Mgieły!

Nie zabieram ze sobą nawet drugiego śniadania, ale zamiast tego biorę aparat, wskakuję do auta i pruję w plener. Po drodze do pracy muszę zaliczyć jeszcze na szybko kilka miejscówek.

Oniemiewam. Mgły snujące się leniwie nad polami, niziutkie słońce dające cudne, miękkie światło, cisza i ziąb – ale taki przyjemny. Wspaniałe warunki, cieszę się jak dziecko w Legolandzie, a może i bardziej.