Mieszanina obrazków

Muszę wrócić do zdjęć z ubiegłoczwartkowej wyprawy rowerowej. Tym razem cudowne niebo, które się zrobiło na niespełna godzinę po wschodzie słońca:

Chwilę później na łące spotkałem trzy spacerujące bociany, ale zanim dostałem się do aparatu, odleciały. Może to i dobrze, bo udało się je złapać w locie. Ale tylko dwa 😉

Zatrzymałem się, bo coś zjeść, kiedy akurat zza chmur wyszło słońce. Spodobała mi sie ta scena z rowerem i jego cieniem.

Na powrocie zdarza mi się zajechać pod hodowlę konika polskiego. Tego dnia razem z konikami pasł się bocian.

Przed deszczem

W czwartek zapowiadano dobrą pogodę, więc ruszyłem na nieco dłuższą wyprawę rowerową. Zacząłem już po czwartej rano, kiedy było prawie całkiem ciemno i dobrze, bo kiedy kończyłem kilka godzin później po przejechaniu stu trzydziestu kilometrów właśnie spadały pierwsze krople deszczu.

Udało się złapać kilka fajnych kadrów. Dziś pokażę cztery z nich. Pierwsze foto powstało na starcie. Właśnie na niebie pokazywały się pierwsze kolory.

Dwadzieścia kilometrów dalej zauważyłem ciekawe zjawisko na niebie – tak zwana ‚virga’ – opad nie dolatujący do ziemi. A to wszystko cudownie podświetlone promieniami wschodzącego słońca.

Kolejne zdjęcie to sarnia rodzinka. Dwa podrośnięte sarnionka z mamcią. Hasały sobie na łące blisko drogi. Oczywiście zostałem zauważony, ale na szczęśćie zdążyłem wydobyć aparat z sakwy.

Zatrzymałem się, żeby coś zjeść. A tam za krzakami niezwykle wylyzowana koza. Spodobała mi się jej mina, zastanawiam się co ona mówi 🙂

Muśka w rumianku

Przedpołudnie, światło nieciekawe, ale czemu te fotki tak mnie ucieszyły? Bo to pierwsze fotki od ponad miesiąca, jakie zrobiłem podczas przejażdżki rowerowej!

Na razie krótkie dystanse i z rzadka, bo chorej ręki nie za bardzo można używać, ale energia mnie rozpiera!

Wybieram tylko równiutki asfalt, żeby gdzieś znowu nie zaliczyć gleby, jednak kiedy zobaczyłem pole rumianku musiałem odbić na polną drogę. I tam właśnie spotkałem Mućkę. Nie mogłem nie zrobić jej foty w tych pięknych okolicznościach przyrody.

Jelenie podwójne

Ile to już czasu minęło, jak ja w lesie byłem na spacerze. Sporo, bo od wiosny to jak już, po lesie jeździłem tylko rowerem. Wczoraj postanowiłem to zmienić. Ubrałem się od stóp do głów, wylałem na siebie pół litry środka na komary i fru w las. Liczyłem na spotkanie z jakowymś dzikim zwierzem.

Zrobiłem sporo kilometrów, aż w końcu udało się! Cztery dorodne jelenie zaczęły gęsiego, powolutku przechodzić przez drogę! Mimo, że jelenie spotykałem wiele razy, emocje za każdym razem sa takie same! Postanowiłem pójść ich śladem i co? Sam w to nie mogłem uwierzyć – spotkałem je na kolejnej równoległej drodze, gdzie znów udało się zrobić zdjęcia.

Ciekawostka na koniec. Najprawdopodobniej widziałem żbika. Był bardzo daleko i mam zdjęcie mało wyraźne, ale na pewno było to podobne do kota i sporo od niego większe :-O

Wesoła rodzinka

Przyroda powitała mnie po dłuższej nieobecności wspaniałym prezentem. Bo czy może być piękniejszy widok, niż para malutkich sarenek pasących się u boku mamy?

Było już po zachodzie słońca a ja wracałem sobie spacerkiem w stronę domu. Gdzieś daleko za krzakami mignęła mi sarna. Stwierdziłem, że mimo ciemności co mi szkodzi spróbować podejść bliżej i spróbować ją sfotografować. Podchodziłem dopóki zasłaniały mnie wysokie trawy i udało się uchwycić tę wesołą rodzinę!

Kolacja kontynuowana

Jadę ja rowerem serwisówką i z daleka zobaczyłem pasącego się na skraju autostrady koziołka. Pierwsza myśl to zostawić rower, schować za krzaki i stamtąd robić fotki. Tak zrobiłem, ale musiałem jechać dalej i przejechać obok niego.

Kilkanaście metrów – fotka. Kolejnych kilkanaście – następna. I tak kilka razy. A koziołek co prawda zerknął kilka razy w moją stronę, ale nic sobie nie robiąc z mojej obecności pasł się dalej! Nie wiem teraz, ale najbliżej byłem około kilkunastu metrów od niego. Pojechałem dalej, a on kontynuował kolację.

Leżały i leżeć nie przestały

No takiej przygody to jeszcze chyba nie miałem. Jadę ja wam jak gdyby nigdy nic rowerem po rzadko zaludnionym terenie, a tu pod jednym domostwem na wykoszonym trawniku wyleguje się para danieli! Z daleka myślałem, że to krowy, choć wydawały się za chude. No i te centki na sierści mi nie pasowały.

Zostawiłem rower i podszedłem bliżej, na raptem kilkadziesiąt metrów! Wtedy dopiero się mną zainteresowały, wstały, pokazały zadki i odwróciły głowy w moją stronę. I na takie zdjęcie czekałem. Zacząłem się oddalać i z daleka już widziałem, że dziady jedne położyły się dalej leżeć!

Riverdance

Jadę ja sobie jak gdyby nigdy nic rowerem, dopiero co wstało słońce, a tu na drodze spotykam taką oto koleżankę w tym jakże niesamowitym świetle! Standardowe postępowanie – szybie zatrzymanie, sięgnięcie do sakwy po aparat i oto mamy panienkę w cudownych okolicznościach przyrody.

Ta tu była na tyle miła, że zechciała na odchodnym zatańczyć riverdanca 🙂 A wszystkiemu z łąki obok przyglądał się bociek.