Czy ktoś zauważył, że dokładnie dziś mija jeden miesiąc astronomicznej wiosny? Ależ ten czas leci nieubłaganie.
Pozostają wspomnienia i zdjęcia. Najpiękniejsze chwile zapisane w czeluściach twardych dysków.



Czy ktoś zauważył, że dokładnie dziś mija jeden miesiąc astronomicznej wiosny? Ależ ten czas leci nieubłaganie.
Pozostają wspomnienia i zdjęcia. Najpiękniejsze chwile zapisane w czeluściach twardych dysków.



Pogoda się chwilowo popsuła, ale przecież mamy zapisane całe mnóstwo fotowspomnień z ostatnich dni! Były one dla mnie bardzo intensywne, bo przecież nie dałem rady usiedzieć w domu i praktycznie codziennie wychodziłem lub wyjeżdżałem rowerem w teren z aparatem.



Od jakiegoś czasu mam zajawkę na hm… jak to nazwać – grę terenową, polegającą na zbieraniu kwadratów. Generalnie mapa podzielona jest na duże i małe kwadraty. Duże mają bok ok. 1600 metrów, a małe tylko 200 metrów. Zabawa polega na wjechaniu rowerem lub wejściu na nogach na teren jak największej ilości kwadratów przylegających do siebie bokami.
Zazwyczaj trzeba się nieźle nakombinować, ale dzięki temu odkrywam miejscówki, do których normalnie nigdy bym nie trafił. Robię to wieczorami przy cudownym niskim świetle. Dzięki temu powstaje wiele zdjęć robionych spontanicznie, bez planowania. Po prostu coś widzę i fotografuję. Zabawa pierwsza klasa i jeśli ktoś lubi dużo jeździć rowerem lub spacerować, polecam – SQUADRATS https://squadrats.com



Długa droga za mną. Końcówka dnia zastała mnie w jednej z moich od niedawna ulubionych miejscówek. Niebo zaczęło robić się różowe. Z chwili na chwilę nabierało coraz intensywniejszych kolorów. Porzuciłem mój wehikuł i sięgnąłem po aparat. To trzeba było uwiecznić.



To był Wielki Piątek. Krótko przed zachodem. Zabrałem rower na gościnne występy w okolice Przemyśla. Na niebie miał miejsce przepiękny zachód słońca.
Pędziłem jak szalony w poszukiwaniu miejsca do zrobienia zdjęć. Nie znam tamtych terenów za grosz, więc liczyłem na łut szczęścia. Znalazłem trzy miejscówki na czas.



Różnie bywa. Czasami wydaje mi się, że będzie piękny zachód, jadę na miejscówkę, a tam nimbo. Innym razem kolory zachodu mnie zaskakują. A jeszcze innym razem na nic nie licząc, jadę i obserwuję, co dzieje się na niebie.
Jednak od jakiegoś czasu zawsze na wszelki wypadek wrzucam aparat do sakwy. No bo żal byłoby nie mieć na zdjęciu choćby takiego zachodu, jak ten poniżej.




Poza ciekawym kadrem, dobrym światłem, równie ważne są chmury na niebie. Taka jedna niepozorna potrafi zrobić bardzo dobrą robotę. I o ile to, co na ziemi jest zawsze takie samo, niebo za każdym razem inne.

Jest błotko, jest zabawa! Liczyłem na piękny zachód słońca. Wyszedłem na górkę, a tam sporo chmur i tylko odrobina koloru na niebie. Ale było błoto i ono uratowało plener. I gumiaki.

Kiedy jeszcze nie jest zielono, ale temperatura jak najbardziej wiosenna, to kolorów szukam na niebie. I w wodzie.



Minęło 49 dni, kiedy ostatni raz miałem taki warun. Dokładnie w Sylwestra, a teraz w ubiegłą niedzielę wieczorem. Jak dobrze, że pojechałem na żwirownię. W tym miejscu, z tym niepozornym wężem do odciągu piasku położonym na pływających bojach, zachód słońca prezentował się wyjątkowo pięknie.
Wyglądał pięknie i trwał bardzo długo, a kolory ciągle się zmieniały. Te najpiekniejsze oczywiście już po zachodzie słońca.


