Najpierw się nie chce wstać, a potem czlowiek przeszczęśliwy. I tak praktycznie za każdym razem.




Najpierw się nie chce wstać, a potem czlowiek przeszczęśliwy. I tak praktycznie za każdym razem.




Czy 150 kilometrów to dużo? Na początku mojej przygody z rowerem to i 15 było dużo. Marzeniem było przejechać 40, albo i 50 kilometrów. Wiedziałem jednak, że wcale jakoś specjalnie nie trzeba trenować, a wystarczy jeździć regularnie, a w moim zasięgu będą wyprawy stukilometrowe.
Niezależnie od odległości lubię wszystkie moje trasy i jeżdżę tyle, na ile aktualnie mam ochotę. Jednak najbardziej lubię te całodniowe wyprawy w odległe zakątki regionu.




Ubiegły czwartek zacząłem grubo przed piątą. Liczyłem podziwiać z roweru piękny wschód słońca, jednak na niebie wisiały chmury. I tak aż do 10 tej. To nawet lepiej, bo było chłodniej do jazdy. Gdy tylko chmury się rozeszły momentalnie zrobiło się około 30 °C.
Ale ja nie o tym. Ja o chmurach, ale takich nietypowych chciałem. O chmurach Asperitas. Chmury te wyglądają niczym pofalowane niebo i mogą napawać lękiem. Ja się ich jednak nie bałem, tylko chwyciłem za aparat, aby je uwiecznić. Niestety chmury Asperitas jak szybko się pojawiły, tak szybko znikły…

A tak jakoś się obudziłem o piątej rano i stwierdziłem, że jestem wyspany. Nic innego, niż jazda rowerem i robienie zdjęć nie przyszło mi do głowy. No to nie walczyłem sam z sobą i zrobiłem to, co mi podpowiadał wewnętrzny głos 😉




Popadało niewąsko miejscami. W środę padało tak intensywnie i długo, że okazało się, że mój samochód, to amfibia. Fajnie, bo nie wiedziałem…
Natomiast na wieczór zostały już tylko kałuże. Uznałem, że zasługują na zdjęcia.




Wsiadam i jadę. Fajnie jak to jest poranek, bo i pofotografować można i na drogach jest jeszcze zupełnie pusto. Nawet psy nieprzepadające za rowerzystami jeszcze drzemią i nie zwracają na mnie uwagi. Słychać tylko ptaki i świerszcze. I co ostatnio istotne – jest jeszcze nieco chłodniej.




Lubię wycelować centralnie w zachodzące słońce. Kadry z tą białą, czy żółtą kulką w tle mają swój urok i klimat. Nieważne, czy z drzewem, kościołem, czy zwykłym domem.



Lubię, gdy w pogodzie jest dynamicznie. Można wtedy liczyć na ciekawe zjawiska na niebie. Trzeba być tylko czujnym i najlepiej siedzieć gdzieś na jakiejś górce schowanym w samochodzie i czekać na rozwój sytuacji.
Mnie do tego brakuje cierpliwości, ale na bieżąco śledzę, co dzieje się się na niebie i jestem gotowy do wypadu w teren. Poniżej trzy foty z sobotniego wieczoru. Widowiskowo podświetlona potężna chmura, malutkie chmurki mammatus i zachód słońca za pobliskim kościołem.



Sobotnie popołudnie i niedzielne „dopołudnie” minęło pod znakiem burz. W sobotę w trakcie deszczu świeciło słońce (!) i pojawiła się okazała podwójna tęcza. Nie zważając na deszcz i tnące bąki wybiegłem za dom, aby uwiecznić to popularne, a za każdym razem tak samo ekscytujące zjawisko.

Na szczęście przerwa od roweru nie musiała być zbyt długa. Po półtora tygodnia wsiadłem z powrotem na siodełko i na dzień dobry trafiłem na bardzo klimatyczny wschód słońca.
Było już godzinę po wschodzie, ale słońce dopiero co wyszło zza chmur wiszących nad horyzontem. Na dzień dobry odbiłem na wijącą się zakrętami polną drogę, która w tym świetle wyglądała wyjątkowo malowniczo.


