Latali to oddałem do nich kilka strzałów teleobiektywem.
Kiedy mieszka się i fotografuje w mało krajobrazowym miejscu, trzeba naprawdę się naprawdę wysilić, aby znależć coś do uwiecznienia na zdjęciach. Dlatego motoparalotniarze zawsze mile widziani 🙂
Może i było zimno, ale przynajmniej nie padało. Może i wiał wiatr, ale miałem możliwość w końcu pojechać na rower w ciągu dnia, a nie po zmroku.
Zawsze staram się coś wypatrzeć do sfotografowania. Mniej lub bardziej ciekawe, ale musi być to coś, co szczególnie zwróci moją uwagę. Tym razem padło na niepozorne przydrożne drzewo z dramatycznie wyglądającym niebem i pozawijaną drogę prowadzącą do monumentalnej budowli z krzyżem.
Minęło 49 dni, kiedy ostatni raz miałem taki warun. Dokładnie w Sylwestra, a teraz w ubiegłą niedzielę wieczorem. Jak dobrze, że pojechałem na żwirownię. W tym miejscu, z tym niepozornym wężem do odciągu piasku położonym na pływających bojach, zachód słońca prezentował się wyjątkowo pięknie.
Wyglądał pięknie i trwał bardzo długo, a kolory ciągle się zmieniały. Te najpiekniejsze oczywiście już po zachodzie słońca.
Na codzień jeśłi już jest pogodnie jeżdżę po zmroku. W dzień nie mam możliwości. Zostaje weekend. Wtedy mogę ze sobą zabrać aparat i połączyć dwie pasje – rower i fotografowanie.
Dużo wody na łąkach. Dawno tak w mojej okolicy nie było. Dużo ostatnio padało, ale nie brakowało też chwil ze słońcem i miało miejsce kilka pięknych wschodów.
Przyjemne pięć stopni na plusie w lutym to rarytas. Chłodny wiatr – normalne o tej porze roku. Świecące słońce i to w weekend – jak wygrać milion w totolotka 🙂
Wsiadłem na rower krótko po wschodzie słońca. Liczyłem na piekne słoneczne widoki. I owszem tak było. Przez pierwsze pół godziny jazdy.
Doczekałem się w końcu słońca w weekend. W dni, kiedy nie idę do pracy i od rana mogę robić co chcę. Zatem zaraz rano wyciągnąłem rower i pojechałem na małą rundkę. Tego słońca było raptem na 10 kilometrów drogi, no ale dobre i to.
Zwłaszcza, że udało się zaobserwować odległe o ponad 130 kilometrów Tatry! Ledwo majaczyły nad horzyontem. Kiedy u mnie było już zachmurzone, w Zakopanym musiało świcić jeszcze słońce, bo szczyty oświetlone były miękkim porannym światłem.
Dzięki takim chwilom jakoś mogę przetrwać ten czas. Czas ni to zimy, ni to przedwiośnia. Fajnie, że dzień jest już dłuższy i po powroci z pracy można jeszcze trochę łyknąć dziennego światła.
Jedni rower traktują jako środek transportu, inni jeżdżą dla przyjemności. Po asfaltach, szutrach, lasach, bezdrożach. W pogodę i niepogodę. Ja chwilowo jestem uzależniony od roweru. Ale chyba lepszy taki nałóg, niż inne 🙂
Pola są o tej porze roku nieatrakcyjne. Zwłaszcza w dni bez słońca, w dni z deszczem. Ale kiedy już się zdarzy, że sie nieco przejaśni, że słońce uraczy nas swoim widokiem, wszystko się zmienia. Wypatruje takich chwil i gdy tylko mam możliwość, a pogoda jest łaskawa, ruszam w teren.