Teraz w dolinach po śniegu zostało już tylko wspomnienie, ale jeszcze w ubiegłym tygodniu jeździłem w zimowych warunkach. Przymrożone drogi, na termometrze ujemna temperatura, a zachody słońca ubogie.




Teraz w dolinach po śniegu zostało już tylko wspomnienie, ale jeszcze w ubiegłym tygodniu jeździłem w zimowych warunkach. Przymrożone drogi, na termometrze ujemna temperatura, a zachody słońca ubogie.




Tego wieczoru niebo było ciekawsze na wschodzie niż na zachodzie. Specyficzny układ chmur sprawił, że to chmury nad wschodnim horyzontem ukazały się w pięknych czerwonych barwach.
Wracałem z przejażdżki rowerowej i w te pędy goniłem na tę polną dróżkę porośniętą starymi drzewami. Pośpiech był wskazany, bo jak to często bywa, spektakl nie trwał długo.



W piątek nastąpił przełom. Przełom, jeśli chodzi o pogodę. W końcu zobaczyłem czyste niebo z nielicznymi chmurkami. Słońce mnie zachęciło i wsiadłem na chwilkę na rower. Trochę się zdziwiłem, bo na pagórkach i w cieniu ciągle temperatura była ujemna… Paluszki troszkę zmarzły, ale za to zachód słońca był ładny.



Pozwolę sobie wspomnieć po raz kolejny pierwszy dzień stycznia. To pierwsze zdjęcia, jakie wykonałem wieczorem, kiedy niebo zaczęło przybierać czerwony kolor. Później, jak wiadomo, było tylko intensywniej.



Jest śnieg, nie ma śniegu, jest śnieg, nie ma. Tak mniej więcej wyglądają ostatnie zimy. No i fajnie, teraz wyglądają tak, dawniej były bardziej mroźne i dłuższe. Nie wiadomo, jakie będą w przyszłości. Nie mamy na to większego wpływu, więc bierzemy to z dobrodziejstwem inwentarza.
Mimo wszystko czekam już na wiosnę. Albo przynajmniej na stabilne temperatury powyżej zera. I nie chodzi tu o mnie, ale mój rower tęskni…



Noworoczny i poranek i wieczór były tak niesamowite, że powiedziałem sobie, że już nic lepszego mnie w tym roku nie może spotkać. I rano i po zachodzie niebo zapłonęło czerwonymi barwami.
Dziś chciałbym Wam pokazać w pierwszej kolejności zdjęcia wieczorne. Na miejscówkę do fotografowania wybrałem stare wierzby, które mam tak blisko domu, a tak ostatni rzadko je fotografuję. Sami zerknijcie, aby się przekonać, że mój entuzjazm nie jest na wyrost.




Wydawało mi się, że niebo jest bezchmurne, ale to dlatego, że mieszkam w dolinie. Kiedy wyjechałem na wzniesienie, okazało się, że nad południowo zachodnim horyzontem wisi całkiem widowiskowa chmura. Widowiskowa w tych barwach zachodzącego słońca.



A ja jadę i jadę. Najbardziej lubię w stronę słońca. Najlepiej wschodzącego lub zachodzącego. Jazda z widokami na kolorowe niebo z pewnością jest przyjemniejsza.
Do upragnionych 1o ooo km/2024 r zostało tylko 174 km 🚴♂️. Dzisiaj pauzuję po 11 dniach i po ponad sześciuset kilometrach. A jeśli w łikend pogoda dopisze…. jak myślicie, uda się? 🤔🤔



Miesiąc kończymy ostatnimi listopadowymi zdjęciami, które powstały kilka dni temu, jakże by inaczej, podczas rowerowej przejażdżki. Pogoda nie rozpieszcza i jeśli temperatura wynosi 2-3° C, to już należy się z tego cieszyć. A jeśli pokaże się odrobina czystego nieba, to już jest szczyt listopadowych marzeń.



Kiedy ja ostatnio widziałem słońce? W niedzielę wieczorem. Podczas kiedy kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów w kierunku południowym, cały ubiegły weekend świeciło słońce, u nas wyszło tylko na jakieś dwie godziny. Ale o odpowiedniej porze. I od razu z przytupem.



