Wierzba gwiazdą wieczoru

Marzec – miesiąc pogodowej ruletki. Niby wiosna puka do drzwi, ale zima jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. I właśnie w taki wtorkowy, mroźny wieczór wybrałem się na spotkanie z bohaterką dzisiejszego wpisu – samotną wierzbą na środku pola.

Stoi tam sama, bez towarzystwa innych drzew. Może raz na jakiś czas odwiedzi ją rolnik, do którego należy pole, gdzie stoi. Jednak to nie na niego najbradziej czeka. Ona wypatruje Witolda – bo wie, że jak już przyjdzie, to zrobi jej takie zdjęcie, że wszystkie inne drzewa zzielenieją z zazdrości 😄

Niebo straszy, a Witek pstryka

Wtorek, wieczór. Za oknem pogodowa loteria: raz niebo jak z pocztówki, raz chmurzyska. A z tych chmur… śnieg.

Ziąb i wiatr, ale Witek widzi w tym nie meteorologiczne nieszczęście, tylko fotograficzną okazję. Więc pakuje sprzęt i wyrusza w teren, przekonany, że złapie coś wyjątkowego.

Na horyzoncie pojawia się chmura. Masywna, potężna, jakby właśnie miała pochłonąć połowę horyzontu. Z jednej strony groźna, z drugiej – w wieczornym świetle wygląda prawie… przyjaźnie. Dla Witka to arcydzieło natury, dla innych – zwiastun końca świata 😄

Magia nieba i ludzie w panice – czyli jak nie wejść w kadr

Zachód słońca w pobliskim parku ze stawem. Muszę powiedzieć, że natura postanowiła zaszaleć! To był jeden z tych momentów, kiedy niebo zaczyna się palić, a chmury grają w teatrze cieni. Dosłownie, jakby natura miała swoje własne show, a ja byłbym tylko widzem.

Spaceruję z aparatem w ręce, a wokół mnie ludzie, którzy robią wszystko, by nie wpaść w kadr. Wygląda na to, że dla nich jestem jak jakiś zawodowy paparazzi, a nie tylko zwykły chłop z aparatem, który chce złapać kawałek tej magii. Zamiast patrzeć na mnie, powinni zwrócić uwagę na to niebo – to tam dzieje się prawdziwa magia!

Romantyzm level PRO

Spacer nad stawem – niby romantyczna randka, ale jednak z lekkim haczykiem. Bo wiecie, jak to jest – człowiek chce spędzić czas z żoną z pierwszego małżeństwa (całe szczęście wciąż tą samą!), ale jednocześnie przeczuwa, że na niebie szykuje się spektakl godny czerwonego dywanu. No to co? Pakuję aparat i w drogę!

I faktycznie, warunki były takie, że nawet kaczki patrzyły w górę z podziwem. Niebo płonęło kolorami, tafla wody odbijała wszystko jak lustro, a ja lawirowałem między romantycznym spacerem a polowaniem na idealny kadr. Żona dzielnie to znosiła, choć podejrzewam, że w myślach układała już plan, jak odwdzięczyć mi się równie „romantycznym” wyjściem – może do galerii handlowej.

Ostatecznie wszyscy byliśmy zadowoleni – ja miałem zdjęcia, my mieliśmy czas spędzony razem, a kaczki… cóż, kaczki pewnie liczyły, że zamiast aparatu będę miał chleb 🙂

Misja: Utapianie. Status: Niechętnie dryfuje.

Piątek wieczór, termometr pokazuje jakieś szalone kilkanaście stopni, niebo płonie odcieniami pomarańczu i różu… Normalnie wiosna przyszła za szybko! A skoro zima nawet nie próbowała się bronić, postanowiłem dopełnić tradycji i osobiście utopić Marzannę.

Spacer nad jeziorkiem był trochę jakby romantyczny – ja, moja pierwsza żona i te zastane, piękne okoliczności przyrody. W powietrzu unosił się zapach przedwiośnia, a w wodzie wylądowała nasza bohaterka – piękna, ekologiczna i całkowicie naturalna kukła, wykonana z w pełni biodegradowalnej trawy. Bez zbędnych przemówień, bez łez pożegnania – Marzanna odpłynęła w stronę zachodzącego słońca, a my mogliśmy oficjalnie uznać, że zima poszła w diabły.

PS. Tak naprawdę Marzanna wcale nie chciała odpływać, tylko uparcie tkwiła przy brzegu… i co gorsza – zastaliśmy ją już topiącą się!

Przedwiośnie na dwóch kołach

Marzec… Niby już nie zima, ale do wiosny jeszcze kawałek. Nie ma zieleni jak w maju, nie ma złotych liści jak jesienią, niby szaro, trochę buro, ale w powietrzu czuć coś nowego – nadzieję!

Bo chociaż przyroda jeszcze się nie budzi, a drzewa stoją gołe, to dni stają się coraz dłuższe, słońce częściej wygląda zza chmur, a powietrze pachnie już inaczej – mniej mrozem, a bardziej obietnicą cieplejszych dni.

Na razie trzeba cieszyć się tym, co jest – ciepłymi promieniami na twarzy, śpiewem pierwszych ptaków i tym, że jazda na rowerze wreszcie nie oznacza odmrażania palców.

Wieczorna rowerowa sielanka

Wtorek to był ten dzień, kiedy po wielu miesiącach jazdy w zimowych warunkach wreszcie można było poczuć mały luksus – dwucyfrową temperaturę! Niby tylko dziesięć stopni, ale po tygodniach marznięcia każdy podmuch ciepłego powietrza wydawał się jak zapowiedź wiosny!

Trzydzieści kilometrów po znajomych trasach, ale w zupełnie nowej odsłonie. Zachód słońca malował świat na złoto, a asfalt lśnił w jego ciepłym blasku, jakby przez chwilę zapomniał, że jeszcze niedawno skuwał go lód. Miejmy nadzieję, że wiosna powoli przejmuje stery – światło wieczorem robi się coraz piękniejsze, a jazda znowu sprawia frajdę bez walki z mrozem. 

Bez śniegu, ale z mrozem

Zima w tym roku postanowiła trochę pokombinować. Śniegu brak, za to mróz przyszedł solidny, taki, że rano i wieczorami nos odmawia współpracy, a palce dłoni mimo rękawiczek najpierw zamieniają się w drewniane kołki, a potem rozważają emigrację w cieplejsze rejony kieszeni.

Rower w takich warunkach? No cóż, może i są twardziele, którzy zakładają naście termoaktywnych warstw, smarują twarz kremami i lecą pod wiatr, ale ja postanowiłem dać sobie chwilę luzu. Skoro pedałowanie odpada, to przestawiłem się na inny środek transportu – samochód i własne nogi. Tak oto zimowy fotograf ruszył na łowy.

Udało się upolować całkiem znośny zachód słońca, który wyglądał, jakby ktoś w fotoszopie poszedł po bandzie. Niebo zrobiło się złoto-pomarańczowe, chmury przybrały kształty, których nie powstydziłby się żaden abstrakcjonista, a drzewa w kadrze stały się idealnymi statystami w tym spektaklu natury.

Cierpliwość fotografa

Wieczór to czas, gdy światło łagodnieje, kolory nabierają głębi, a woda staje się lustrem dla nieba. Żwirownia w Czarnej Sędziszowskiej na co dzień nie przyciąga uwagi, ale w odpowiednim momencie zamienia się w malowniczy pejzaż pełen magii.

Wielu z nas pewnie nawet by tego nie dostrzegło, ale fotograf czeka cierpliwie, by uchwycić krajobraz w najbardziej odpowiednim momencie.

Drzewo

Samotne drzewo, stojące nad wodą, wydaje się być niemym strażnikiem tego miejsca. Jego rozłożyste konary wyraźnie rysują się na tle nieba w kolorach od ciepłych odcieni pomarańczu po chłodne tony fioletu i błękitu. Spokój, cisza i lekki powiew wiatru. Żadnych ludzi i żadnych odgłosów cywilizacji. Słońce zaszło kilkanaście minut temu, a świat powoli pogrąża się w mroku.