Nie wiem o co chodzi, ale to drzewo, podobnie jak akacje przyciąga chyba waruny. Kolejny raz w tym miejscu trafiłem na fajny zachód słońca. Zachód ze słońcami pobocznymi i subtelnym halo słonecznym.



Nie wiem o co chodzi, ale to drzewo, podobnie jak akacje przyciąga chyba waruny. Kolejny raz w tym miejscu trafiłem na fajny zachód słońca. Zachód ze słońcami pobocznymi i subtelnym halo słonecznym.



W sobotę pogoda wystrychnęła mnie na dudka. Miało padać od przedpołudnia, a tu było ciepło i bezwietrznie do późnego popołudnia. Można było spokojnie jechać na rower.
Tymczasem pojechałem dopiero w niedzielę. Mocny wiatr, przewalające się chmury, a słońce tylko od czasu do czasu. Nie przeszkodziło mi to wykręcić kolejne kilometry do kolekcji. Nawet udało się zrobić kilka zdjęć, choć zatrzymywanie się groziło bezwzględnym wychłodzeniem w ciągu kilku minut…




Kiedy na niebie pojawiły się słońca poboczne [parhelion], a ja właśnie jeździłem rowerem, narodził mi się w myśli pomysł na zdjęcie, jakiego jeszcze w swojej kolekcji nie mam.
Akcje, zachodzące słońce, a obok nich na horyzoncie mój wehikuł. Docisnąłem, aby zdążyć dojechać na miejsce. A tam miałem do zrobienia już tylko zdjęcia. Cała reszta już się działa. Akacje na swoim miejscu, rower koło nich zaparkowany, idealne niebo i piękna jego ozdoba — wspomniane parheliony.



Słońce wyszło po południu. Termometr pokazywał zdradzieckie 10°C. Wiedziony doświadczeniem ubrałem się jednak solidnie. Na rowerze nigdy nic nie wiadomo. Wolę się przegrzać, niż zmarznąć. Dobrze zrobiłem, bo jadąc w cieniu i już po zachodzie słońca temperatura bardzo spadła.
A ja jechałem niespiesznie, uprawiając ulubiony rodzaj kolarstwa. Niektórzy nazywają to kolarstwem romantycznym. Bez pośpiechu, wolnym spacerowym tempem. Tak, aby mieć czas kontemplować widoki i robić zdjęcia. Natura mi sprzyjała i mogłem podziwiać klimatyczny zachód słońca.



Mniej teraz fotografuję wschodów i zachodów słońca. Wole się wyspać i wypocząć, aby cały dzień poświęcić na jazdę rowerem. Oczywiście, jeśli temperatura jest już w okolicy minimum dziesięciu stopni.
W dzień co prawda kadry nie są aż tak spektakularne, ale w tym momencie jazda sprawia mi większą przyjemność, niż samo fotografowanie. Pewnie w tym roku jak i w poprzednim przeważać będzie, jak ja to nazywam „fotografia rowerowa”, zdjęcia z drogi.




Spotykam ich tyle podczas moich rowerowych wojaży, że już nawet nie przy każdej się zatrzymuję, aby zrobić zdjęcie. Tylko przy tych najbardziej klimatycznych, ciekawych i nietypowych. W weekend odkryłem kolejne. Obok nich przejeżdżałem już kilka razy, ale pewnie nie zwróciłem uwagi, albo po prostu wtedy nie chciało mi się zatrzymywać.



Jadę tym rowerem i jadę. Głównie te same widoki. Droga, domy, trakcje energetyczne, pola, las, drzewa. Ale raz na jakiś czas przypadkiem trafiam na taką perełkę krajobrazową. Wyjeżdżam na niepozorną górkę, a tam piękny widok na okolicę.
Miejsce, które zna garstka osób. Ci, którzy jeżdżą tamtędy na codzień. Ale dla nich to nic niezwykłego. Dla mnie tak.

Sto kilometrów rowerem. Połowa pod górkę, a druga połowa po wiatr. No cóż bywa i tak. A poza tym cudowne ponad dziesiąć stopni na plusie i słońce. Nieliczne obłoczki. No i to przepiekne miejsce, w które trafiłem zupełnie przypadkiem.

Penthałs, czy domki pod modrzewiem?


Kapliczka w trzech odsłonach. Co więcej mogę napisać. Już ją tyle razy fotografowałem, że po prostu szukam nowych nietypowych kadrów 🙂


