Kolory nieboskłonu

Słońce wstało chwilkę temu. Jadę i widzę jak niebo z minuty na minutę robi się coraz bardziej kolorowe. Przyjemny chłodek poranka napędza mnie do aktywności. Potem będzie dużo dużo goręcej.

Wypatruję miejscówki, gdzie mógłbym uwiecznić ten spektakl natury. Spektakl, który wydaje się być tylko i wyłącznie dla mnie. Wszędzie jest cicho i wszyscy jeszcze śpią. Dojeżdżam do obszernej łąki poodgradzanej palikami. To już ostatni moment na utrwalenie tego widowiska. Na łące w gratisie dostaję niskie mgiełki odbijające kolory nieboskłonu.

Bez skutków ubocznych

Te poranne mgiełki potrafią uzależnić. Przestaje być ważny sen, wygoda, ciepełko. Coś wyciąga mnie z łóżka i każe iść lub jechać w teren. Robię zdjęcia, choć podobnych mam już całe mnóstwo. Coś każe mi je robić, uwieczniać to co dzieje się podczas tych poranków. Dobry nałóg nie jest zły. Mam nadzieję, że nie ma po nim żadnych skutków ubocznych…

Być gdzie indziej

Bywają i takie sierpniowe poranki, że mgła jest gęsta i utrzymuje się długo. Słońce jeszcze nie wstało i mam do czynienia z chłodnymi barwami tak zwanej niebieskiej godziny. Nie wiadomo jak szybko pokona mgłę i ozłoci swoim blaskiem zalew.

Zawsze mam dylemat – czekać, czy jechać w inne miejsce. To jest loteria. Nie mogę być w jednym czasie wszędzie, gdzie bym chciał. Trzeba cieprliwie czekać na kolejne piękne warunki i wtedy być w innym miejscu.

Miło zmarznąć

We wtorek było święto. Ale nie święto od jeżdżenia rowerem i fotografowania. Ostatnie dni są tak upalne, że musiałem się skusić na te przyjemne poranne 14°C. Do tego cudowne mgiełki w lesie w okolicy polanek. Coś pięknego.

Nie trwało to czywiście długo, bo temperatura szybko rosła i po dwóch godzinach było ponad dwadzieścia stopni, a chwilę później trzydzieści. Jednak przyjemnie było zmarznąć i pooglądać sobie te widoki. Udało się także zobaczyć dostojnego jelenia, ten niestety nie chciał pozować i czmychnął w las.

Powitać nowy dzień

Nic nowego nie dziś nie napiszę. Przypomnę tylko jak dobrze jest wstać skoro świt. Kiedy prognozy pogody wskazują na malowniczy świt, a jest to dzień wolny od pracy należy odpuścić spanie i udać się gdzieś w teren. Powitać nowy dzień oczami, nosem i słuchem. Może być i dotykiem. Później będzie czas na odsypianie.

Wrzosy już kwitną

W niedzielę nie było w planie dłuższej jazdy rowerem. Dzień wcześniej wpadła setka i raczej nastawiałem się na regenrację, niż kolejną włóczęgę. Jednak, kiedy o szóstej obudziłem się wyspany i wypoczęty już wiedziałem, że chwilę później będę siedział na siodełku i wpadnie kolejne co najmniej sto kilometrów.

Tym razem znaczna część trasy prowadziła przez lasy i fajnie, bo jak się okazało zaczęły już kwitnąć wrzosy! Przez kilka kilometrów miałem je tu i ówdzie przy leśnych szutrach. Poza tym w lesie nadal zielono i nie widać jakichkolwiek oznak jesieni, a na polach jeszcze sporo słoneczników cieszących oko swoim żółtym optymistycznym kolorem.

Kadry poukładane

Przedłużony weekend i długo oczekiwana piękna pogoda motywuje do wypraw rowerowych. Chciałoby sie jeździć codziennie po kilka godzin. Kondycja może by i na to pozwoliła, ale stare kości, w szczególności kolana już niekoniecznie.

Mimo to codziennie staram się wyskoczyć nieco pokręcić i może złapać kilka kadrów. Kadrów, jakby się mogło zdawać zwykłych, jednak uważnie wypatrzonych i poukładanych 😉 Najpiękniej oczywiście o poranku lub przed zachodem, o czym nikogo tu już chyb anie muszę przekonywać.

Bocian na akacjach

Co ja przeżyłem, żeby powstało to zdjęcie. Historia jest taka, że mam taką miejscówkę, gdzie z odległości około półtora kilometra widać moje akacje i kiedy stamtąd zerknąłem na nie przez teleobiektyw, zauważyłem siedzącego na nich bociana!

Długo się nie zastanawiając wskoczyłem na siodełko i ruszyłem ile sił w nogach, a najkrótsza droga po wertepach to było prawie cztery kilometry! Przez całą drogę myślałem tylko o jednym, czy zdążę, zanim bociam odleci.

Kiedy po kilkunastu minutach dotarłem na miejsce, z przeciwnej strony nadjeżdżał ktoś na kuadzie. Załamałem się i choć nie miałem wiele czasu, aby zrobić fotki, to jednak się udało! Kuad śmignął pod drzewami, bocian odleciał, ale ja zostałem jednak z fotkami.

Rowerocznica

Przed świtem siedzę już na siodełku rowera. Nad łąkami unoszą się tu i ówdzie mgiełki. Miałem taką nadzieję, że dziś rano będzie epicko. Spieszę jednak nad pobliski zalew i to tam chce przywitać wstający dzień.

Jest 5:37, więc słońce wstało kilkanaście minut temu, ale to właśnie teraz jest kulminacyjny punkt poranka. Najpiękniejsze i najintensywniejsze barwy. Odnoszę wrażenie jakby czas specjalnie dla mnie się zatrzymał. Że ta chwila trwa i trwa.

Pora się ocknąć, bo przede mnę jeszcze prawie sto kilometrów. A to dziś będzie ten dzień, kiedy na liczniku wybije 5 000 km. Lubię takie okrągłe rowerocznice.

Robota nie zając

Rozglądanie się na boki podczas jazdy rowerem nie jest do końca bezpieczne. Nawet, jeśli jedzie się wolno, turystycznym tempem. Nieraz widoki potrafią tak pochłonąć, że można przeoczyć przeszkody (zwłaszcza na polnych i żwirowych drogach), albo wręcz stracić równowagę i wylądować w rowie.

A co ja tam ciekawego wypatrzyłem ostatnimi czasy? Dziś kolejne cztery wybrane kadry, które zwróciły moją uwagę. Pierwszy można zatytuować „Robota nie zając, nie ucieknie” – dwóch Panów podczas pogawędki przy pracach polowych.

Na kolejnej fotce rodzą się własnie bele słomy – jeden z moich ulubionych polnych widoków 😉

Czarny baran i dwie czarne owieczki? Barania mama to tylko głowę ma czarną, ale baraniątka już całe czarne… Podejrzana sprawa…

Zawsze przejeżdżając koło tego miejsca zastanawiam się, kiedy w końcu otwarcie. Bo zjadłbym chętnie zapiekankę poza zgiełkiem miasta, przy bocznej drodze, na łonie natury 😀