Spacer przypadkowy

Sobotni wieczór, aparat z podpiętym teleobiektywem gotowy do akcji. Wyruszam na spacer, bo przecież nie usiedzę w domu.

I nagle, jak znikąd – pojawia się rowerzysta. Ale nie byle jaki! Sprawiał wrażenie, jakby jechał pod wiatr z lekkością, jakby to on panował nad naturą, a nie odwrotnie.

Dzięki długiej ogniskowej i spłaszczeniu perspektywy rowerzysta wydaje się znacznie większy, niż jest w rzeczywistości. Był oddalony ode mnie o około 600 metrów, a kościół w tle aż o 2,8 kilometra.

I tak, z zupełnie przypadkowego spaceru powstało zdjęcie, które mogłoby być ilustracją do książki o bohaterskich rowerzystach walczących z wiatrem.

Bez śniegu, ale z mrozem

Zima w tym roku postanowiła trochę pokombinować. Śniegu brak, za to mróz przyszedł solidny, taki, że rano i wieczorami nos odmawia współpracy, a palce dłoni mimo rękawiczek najpierw zamieniają się w drewniane kołki, a potem rozważają emigrację w cieplejsze rejony kieszeni.

Rower w takich warunkach? No cóż, może i są twardziele, którzy zakładają naście termoaktywnych warstw, smarują twarz kremami i lecą pod wiatr, ale ja postanowiłem dać sobie chwilę luzu. Skoro pedałowanie odpada, to przestawiłem się na inny środek transportu – samochód i własne nogi. Tak oto zimowy fotograf ruszył na łowy.

Udało się upolować całkiem znośny zachód słońca, który wyglądał, jakby ktoś w fotoszopie poszedł po bandzie. Niebo zrobiło się złoto-pomarańczowe, chmury przybrały kształty, których nie powstydziłby się żaden abstrakcjonista, a drzewa w kadrze stały się idealnymi statystami w tym spektaklu natury.

On o tym nie wie

Po raz trzeci wracam do ubiegłośrodowego wschodu Księżyca. Na sam koniec zostawiłem do publikacji zdjęcie, z którego jestem najbardziej zadowolony.

Księżyc wznosił się powoli, a ja chodziłem w tę i we w tę, pstrykając zdjęcia, kiedy kątem oka zauważyłem jadącego rowerzystę. Ręce co prawda mi się roztrzęsły, ale zdążyłem w porę ustawić się w odpowiednim miejscu i zrobić zdjęcie dokładnie w momencie, gdy był idealnie pod Księżycem!

To wszystko trwało pewnie kilka, może kilkanaście sekund, ale dla mnie tak się rozciągnęło w czasie, że pamiętam każdy szczegół. Może wtedy czas dla mnie zwolnił… abym zdążył pstryknąć kolarza…? Kto wie 😉

Sarna uratowała kadr

Niedzielny wieczór, moim zdaniem, zapowiadał się ciekawie. Układ chmur wskazywał na możliwość pojawienia się pięknych kolorów na niebie. Niestety, po wyjściu na wzniesienie zobaczyłem, że tylko wąski pas nad horyzontem nabrał pomarańczowego koloru.

Czekałem i czekałem, ale nic więcej się nie działo. Chcąc nie chcąc, wycelowałem obiektyw w tamtą stronę, kiedy zauważyłem… uszy. Tak, uszy. A zaraz za nimi zaczęła pokazywać się sylwetka sarny. Już się bałem, że szedłem taki szmat drogi na darmo, ale jak wiadomo – każda sarna czyni kadr wyjątkowym. 🙂

Ryba na obiad

Ubiegła niedziela zaczęła się dla mnie wcześnie. Wstałem równo ze wschodem słońca, ale zanim zebrałem się w drogę i dojechałem na miejsce, była już niemal ósma. Termometr wskazywał -10 stopni, więc spodziewałem się przenikliwego zimna. Jednak z każdą minutą, gdy słońce wznosiło się coraz wyżej, powietrze robiło się coraz cieplejsze.

Lekka mgiełka snująca się nad zamarzniętą taflą jeziora i niskie słońce tworzyły specyficzne, miękkie światło.

O dziwo, pomimo mrozu, po drodze spotkałem kilku spacerowiczów, którzy najwyraźniej, tak jak ja, doceniali urok zimowego poranka. Dwóch wędkarzy odważnie weszło na lód, pewnie żeby złapać coś na niedzielny obiad 🙂

Ten poranek był jednym z tych, dla których warto wcześnie wstać i wyjść z domu, a poniższe zdjęcia to tylko część tego, co mogłem zobaczyć na własne oczy.

Wschód Księzyca | 12.02.2025

Wracam dziś do ubiegłotygodniowego wschodu Księżyca, bo nie pokazałem jeszcze wszystkich zdjęć. Tego wieczoru zrobiłem znacznie więcej ujęć. Aby uchwycić najlepsze kadry, biegałem po polu tam i z powrotem. Każdy krok, każde przesunięcie aparatu zmieniało perspektywę, w jakiej ukazywał się Księżyc.

Gdy ten wisi nisko nad horyzontem, wydaje się nienaturalnie duży. To złudzenie optyczne, ale zawsze robi wrażenie – zwłaszcza gdy na pierwszym planie pojawiają się drzewa, dodając zdjęciu głębi.

Pojechał do akacji

Ciepło nie było, to w końcu zima, ale przecież ja nie usiedzę w domu. Wsiadłem na rower i postanowiłem przemierzyć kilkadziesiąt kilometrów. Cel? Moje akacje. Nie było mnie tam już od ponad tygodnia, a przecież takie miejsca muszę odwiedzać regularnie.

Niebo pozostawało bezchmurne, dając poczucie przestrzeni i swobody. Jedynie nad południowo-zachodnim horyzontem zawisła delikatna chmura, przypominająca zwiewną firankę rozwieszoną na wietrze. Próbowało przez nią przebić się słońce, rozlewając po horyzoncie ciepłe światło.

Dwie akacje, jak strażnicy przydrożnej kapliczki, trwały na swoim miejscu. Ich powykręcane konary wciąż pamiętały historie, których my już nie znamy. Stanąłem przy nich, odstawiłem rower i przez chwilę po prostu byłem.

Wschód Księżyca | 12.02.2025

Środowy wieczór. Powietrze niemal nieruchome, termometr wskazuje okolice zera stopni. Z oddali dobiega monotonny dźwięk pracujących maszyn – trwa budowa drogi i chodnika. Kilkaset metrów ode mnie pasą się sarny, nieświadome, że za moment staną się razem ze mną świadkami niezwykłego widoku.

Wybieram starannie miejsce – około pięćset metrów od drzewa, które wraz z księżycem ma odegrać główną rolę w tym fotograficznym spektaklu. Właśnie tu chcę uchwycić wschodzący księżyc w pełnej okazałości.

Dzięki dystansowi i perspektywie wschodzący księżyc wydaje się ogromny. W myślach mam już ułożoną kompozycję – muszę znaleźć idealne ustawienie tak, by tarcza księżyca znalazła się dokładnie za drzewem. Na szczęście mam swobodę ruchu, mogę przemieszczać się w prawo i w lewo. Gdy księżyc wznosi się i niemal stapia z sylwetką drzewa, aparat rejestruje ten ulotny moment.

Zachód Księżyca | 11.02.2025

Wtorkowy poranek przywitał mnie temperaturą -9°C i lekkim wiatrem. Już wychodząc z domu czułem, że to będzie wyjątkowy poranek, widząc idealnie czyste niebo. Jak zwykle dotarłem na miejsce sporo przed czasem. Siedząc w ciepłym aucie, obserwowałem stopniowo obniżający się Księżyc – majestatyczny, tajemniczy, w odcieniach koloru żółtego.

Robiło się coraz jaśniej, a Księżyc nieuchronnie zmierzał ku horyzontowi, zmieniając powoli kolor na bardziej pomarańczowy, a następnie różowy. W końcu nadszedł ten moment – sięgnąłem po aparat, wysiadłem na mróz, przeszedłem kilkadziesiąt kroków do odpowiedniego miejsca i uchwyciłem ten niezwykły widok.

Wydaje się proste? Niekoniecznie. Idealna perspektywa wymagała nie tylko czasu na planowanie i oczekiwanie na ten jeden konkretny dzień, ale też odpowiednich warunków pogodowych.

Cierpliwość fotografa

Wieczór to czas, gdy światło łagodnieje, kolory nabierają głębi, a woda staje się lustrem dla nieba. Żwirownia w Czarnej Sędziszowskiej na co dzień nie przyciąga uwagi, ale w odpowiednim momencie zamienia się w malowniczy pejzaż pełen magii.

Wielu z nas pewnie nawet by tego nie dostrzegło, ale fotograf czeka cierpliwie, by uchwycić krajobraz w najbardziej odpowiednim momencie.