Spać o dziewiątej

Takie poranne wstawanie po trzeciej rano wymusza chodzenie spać gdzieś już przed dziewiątą wieczorem. No ale coś za coś. A poranki po deszczu bywają ostatnio naprawdę piękne. Ścielące się w dolinach mgły uzależniają od swojego widoku. Spychają na dalszy plan wygodne i ciepłe łóżko.

Człowiek sunie cicho po wilgotnym asfalcie, aparat gotowy, oczy jak radar wypatrują kadru. Koła przemykają po mokrej trawie, a powietrze pachnie świeżością, jakby noc zdążyła wszystko wyprać. Zza wzgórz zaczyna się wylewać miękkie światło, a doliny pełne mgły wyglądają jak zamglone jeziora. I wtedy wiesz, że to był dobry wybór – rower zamiast kołdry.

Witek, nie kłam!

– Witek, powiedz szczerze, NAPRAWDĘ było tak różowo? Przecież to niemożliwe!

– No naprawdę. I z całego serca polecam ci wstać kilka razy przed świtem, pójść albo podjechać w jakieś losowo wybrane miejscówki i sprawdzić naocznie, jak kolorowe potrafią być poranki. Nie jeden raz i nie dwa, ale kilka, kilkanaście – a kiedyś na pewno uda ci się na takie trafić. Wystarczy troszkę poobserwować prognozy pogody, żeby w końcu wstrzelić się w te tak bajkowe warunki.

Potrzeba

Potrzebowałem tego wolnego dnia w środku tygodnia. Tęskniłem za jazdą rowerem o poranku, w samotności i ciszy. A tak się składało, że owego poranka miało być mgliście i jednocześnie słonecznie. A takie warunki są idealne do fotorowerowej wyprawy.

Było już prawie godzinę po wschodzie, kiedy dotarłem nad te bajkowe stawy. Mgła jeszcze nie zanikła, a słońce wciąż było nisko. Zblendowane światło to miód na matrycę mojego smartfona.

Coś się znajdzie

Wschód słońca o 4:30 rano. Żeby wyjechać o czwartej, trzeba wstać już po trzeciej. Tak, po trzeciej. W nocy. Nie polecam na co dzień, ale od czasu do czasu udaje mi się zmobilizować. I nigdy, ale to nigdy nie żałuję.

Bo nawet jeśli na niebie nie ma spektakularnych, różowo-pomarańczowych chmur, to te pierwsze chwile po wschodzie mają w sobie coś z magii. Czyste niebo? Proszę bardzo. Ale i tak znajdzie się gdzieś lekko podświetlona mgiełka, jakiś fragment krajobrazu, który aż się prosi, żeby go uwiecznić. A potem człowiek wraca do domu, czasem zmarznięty, niewyspany, ale zadowolony.

Świr, czy nie

Kiedy czasem opowiadam, że wstaję rano, często jeszcze przed świtem i wsiadam na rower, widzę te spojrzenia. Jedni myślą, że zwariowałem, inni że uciekam przed czymś (np. przed obowiązkami), a jeszcze inni — że to jakaś kara. A ja po prostu lubię, kiedy wszyscy jeszcze śpią, a ja już samotnie pędzę przed siebie.

Niektórzy mówią: „No fajnie, ale można by przecież pojechać o normalnej godzinie”. Jasne, tylko wtedy nie ma tej magii — tych pustych dróg, mgieł jak z baśni i światełka na horyzoncie, które okazuje się być słońcem.

A więc tak, zamiast spać jak normalny człowiek, zakładam obcisłe portki, jem śniadanie lub jadę z pustym żołądkiem. I nie, nie jestem świrem. Po prostu wolę budzić się z przyrodą, a nie z budzikiem. No dobra, może trochę świrem też.

Nastrój poranka

Zjeżdżam z górki i w dolince natykam się na kilkadziesiąt metrów drogi z niesamowitym światłem. Parujące łąki, prześwitujące zza drzew światło poranka. Zatrzymuję rower i przez chwilę czuję się jak w innym świecie. Nastrój potęguje wszechobecna cisza, bo nie dość, że jest świt i wszyscy śpią, to miejsce to jest z dala od zabudowań.

Stoję więc chwilę bez ruchu, chłonąc ten krajobraz i ciszę, jakby ktoś właśnie nacisnął pauzę w codziennym biegu. Gdybym mógł, zostałbym tu na dłużej i po prostu patrzył — ale przecież trzeba jechać dalej, może za zakrętem czeka kolejna taka niespodzianka.

Nie sprzęt, tylko co?

To nie sprzęt – o nie. To zdjęcia zwykłym smartfonem. No może z trochę wyższej półki, ale wciąż nieprofesjonalnym sprzętem. Sekret tkwi gdzie indziej: przede wszystkim w warunkach pogodowych i świetle poranka. Zamglone, wilgotne powietrze zrobiło tu większą robotę niż jakakolwiek optyka.

Pomysły na kadr? Banalne. Ot, jadąc rowerem, wyciągnąłem telefon i pstryknąłem kilka fotek. W czym więc tkwi sekret? Najpewniej w tym, aby znaleźć się o odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.

Wszyscy śpią…

Grodzisko, Różanka na Pogórzu Strzyżowskim. Tu widoki są naprawdę przepiękne – zwłaszcza w lekko mgliste poranki. Dzień po opadach deszczu, kiedy powietrze jest wilgotne, a wszystko wokół paruje.

Słońce wisi nisko i może nie ma idealnej widoczności, ale to naturalne rozmycie i miękkość mają swój niepowtarzalny urok.

W ubiegłym tygodniu trafił się właśnie taki poranek. Jeszcze cichy i spokojny. Większość wsi jeszcze spała. Psy dopiero się budziły, od niechcenia szczekając na pierwszą napotkaną tego dnia osobę. Jedynie ptaki – jak to one – jeszcze przed świtem zaczęły swoje trele.

Brama Frysztacka i kościół we Frysztaku

Gdy tylko prognozy zapowiedziały bezchmurne niebo i możliwe mgiełki, nie zastanawiałem się długo. O 4:05 już siedziałem na rowerze i pędziłem przed siebie.

Słońce kazało na siebie dość długo czekać, bo nad horyzontem wisiała chmura. Wyszło dokładnie w momencie, gdy zbliżałem się do miejsca, skąd rozpościera się przepiękny widok na Bramę Frysztacką. Szczęśliwy traf chciał, że dolina była spowita delikatną mgłą, a z kolejnej miejscówki widać było, jak ponad nią wystaje kościół we Frysztaku.

Kolejne dwa zdjęcia zrobiłem już nieco później – w Różance.

Trzy zdjęcia i w las

W sobotni poranek postanowiłem zerwać się z łóżka skoro świt, choćby nie wiem jaka była pogoda. W planie był długi spacer po lesie, a po drodze krótki postój na wschód słońca nad wodą.

Trafiłem idealnie z czasem – było kilka minut przed piątą, kiedy niebo rozbłysło cudownymi pomarańczowymi barwami. Trwało to może kilkanaście minut, ale to wystarczyło. Trzy zdjęcia wystarczyły aby w pełni uchwycić ten klimat chwili. Schowałem aparat i pojechałem dalej, w wilgotny i pochmurny las.