Potrzeba

Potrzebowałem tego wolnego dnia w środku tygodnia. Tęskniłem za jazdą rowerem o poranku, w samotności i ciszy. A tak się składało, że owego poranka miało być mgliście i jednocześnie słonecznie. A takie warunki są idealne do fotorowerowej wyprawy.

Było już prawie godzinę po wschodzie, kiedy dotarłem nad te bajkowe stawy. Mgła jeszcze nie zanikła, a słońce wciąż było nisko. Zblendowane światło to miód na matrycę mojego smartfona.

Coś się znajdzie

Wschód słońca o 4:30 rano. Żeby wyjechać o czwartej, trzeba wstać już po trzeciej. Tak, po trzeciej. W nocy. Nie polecam na co dzień, ale od czasu do czasu udaje mi się zmobilizować. I nigdy, ale to nigdy nie żałuję.

Bo nawet jeśli na niebie nie ma spektakularnych, różowo-pomarańczowych chmur, to te pierwsze chwile po wschodzie mają w sobie coś z magii. Czyste niebo? Proszę bardzo. Ale i tak znajdzie się gdzieś lekko podświetlona mgiełka, jakiś fragment krajobrazu, który aż się prosi, żeby go uwiecznić. A potem człowiek wraca do domu, czasem zmarznięty, niewyspany, ale zadowolony.

Świr, czy nie

Kiedy czasem opowiadam, że wstaję rano, często jeszcze przed świtem i wsiadam na rower, widzę te spojrzenia. Jedni myślą, że zwariowałem, inni że uciekam przed czymś (np. przed obowiązkami), a jeszcze inni — że to jakaś kara. A ja po prostu lubię, kiedy wszyscy jeszcze śpią, a ja już samotnie pędzę przed siebie.

Niektórzy mówią: „No fajnie, ale można by przecież pojechać o normalnej godzinie”. Jasne, tylko wtedy nie ma tej magii — tych pustych dróg, mgieł jak z baśni i światełka na horyzoncie, które okazuje się być słońcem.

A więc tak, zamiast spać jak normalny człowiek, zakładam obcisłe portki, jem śniadanie lub jadę z pustym żołądkiem. I nie, nie jestem świrem. Po prostu wolę budzić się z przyrodą, a nie z budzikiem. No dobra, może trochę świrem też.

Pogoda mało ważna

Kończy się maj, który może i był chłodniejszy niż inne maje, ale przecież pogoda nie będzie mi mówić, jak mam żyć! 🙂 Znalazło się mnóstwo okazji i do jeżdżenia rowerem 🚴, i do spacerów 🚶‍♂️ — a co za tym idzie, także do fotografowania 📸

Bo przecież prawdziwa pasja nie może być uzależniona od pogody. Nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór 😉

Jeszcze cztery

Zanim skończy się miesiąc, przeglądam zdjęcia i szukam tych, które jeszcze nie miały swojej premiery. I proszę — wykopałem cztery ujęcia, które jakoś wcześniej umknęły mojej uwadze, a chyba zasługują, żeby się tu znaleźć.

Warunki były naprawdę zacne, światło idealne, a klimat aż prosił się o naciśnięcie migawki. Oczywiście — jak większość ostatnimi czasy — zdjęcia powstały podczas rowerowych wypadów. 

Nastrój poranka

Zjeżdżam z górki i w dolince natykam się na kilkadziesiąt metrów drogi z niesamowitym światłem. Parujące łąki, prześwitujące zza drzew światło poranka. Zatrzymuję rower i przez chwilę czuję się jak w innym świecie. Nastrój potęguje wszechobecna cisza, bo nie dość, że jest świt i wszyscy śpią, to miejsce to jest z dala od zabudowań.

Stoję więc chwilę bez ruchu, chłonąc ten krajobraz i ciszę, jakby ktoś właśnie nacisnął pauzę w codziennym biegu. Gdybym mógł, zostałbym tu na dłużej i po prostu patrzył — ale przecież trzeba jechać dalej, może za zakrętem czeka kolejna taka niespodzianka.

Nie sprzęt, tylko co?

To nie sprzęt – o nie. To zdjęcia zwykłym smartfonem. No może z trochę wyższej półki, ale wciąż nieprofesjonalnym sprzętem. Sekret tkwi gdzie indziej: przede wszystkim w warunkach pogodowych i świetle poranka. Zamglone, wilgotne powietrze zrobiło tu większą robotę niż jakakolwiek optyka.

Pomysły na kadr? Banalne. Ot, jadąc rowerem, wyciągnąłem telefon i pstryknąłem kilka fotek. W czym więc tkwi sekret? Najpewniej w tym, aby znaleźć się o odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.

Wszyscy śpią…

Grodzisko, Różanka na Pogórzu Strzyżowskim. Tu widoki są naprawdę przepiękne – zwłaszcza w lekko mgliste poranki. Dzień po opadach deszczu, kiedy powietrze jest wilgotne, a wszystko wokół paruje.

Słońce wisi nisko i może nie ma idealnej widoczności, ale to naturalne rozmycie i miękkość mają swój niepowtarzalny urok.

W ubiegłym tygodniu trafił się właśnie taki poranek. Jeszcze cichy i spokojny. Większość wsi jeszcze spała. Psy dopiero się budziły, od niechcenia szczekając na pierwszą napotkaną tego dnia osobę. Jedynie ptaki – jak to one – jeszcze przed świtem zaczęły swoje trele.

Brama Frysztacka i kościół we Frysztaku

Gdy tylko prognozy zapowiedziały bezchmurne niebo i możliwe mgiełki, nie zastanawiałem się długo. O 4:05 już siedziałem na rowerze i pędziłem przed siebie.

Słońce kazało na siebie dość długo czekać, bo nad horyzontem wisiała chmura. Wyszło dokładnie w momencie, gdy zbliżałem się do miejsca, skąd rozpościera się przepiękny widok na Bramę Frysztacką. Szczęśliwy traf chciał, że dolina była spowita delikatną mgłą, a z kolejnej miejscówki widać było, jak ponad nią wystaje kościół we Frysztaku.

Kolejne dwa zdjęcia zrobiłem już nieco później – w Różance.

Na plusie

W końcu słonecznie i w końcu bez deszczu. W końcu ciepło. Choć to ostatnie nie do końca, bo o świcie temperatura wynosiła zaledwie kilka stopni. Ale za to na plusie 🙂

Czy 4:05 to odpowiednia pora na rower? Pewnie nie do końca, ale jeśli chcesz łączyć jazdę z fotografowaniem, to jak najbardziej odpowiednia. Zwłaszcza, jeśli trzeba jeszcze dojechać do miejscówek.

No cóż, raz na jakiś czas można zarwać nockę – dla takich widoków zdecydowanie warto. Na zdjęciu urokliwa kapliczka w m. Zawadce. A może Różanka…