Śródleśny staw „Jeziórko”

Śródleśny staw “Jeziórko” – ciekawe, kto wymyślił taką nazwę. Mniejsza z tym – to naprawdę urokliwe miejsce na trasie moich rowerowych wypraw. Kiedy zajechałem tam kilka dni temu, okazało się, że staw jest całkowicie wyschnięty. Na środku została tylko odrobina błotka.

Mimo to miejscówka wciąż zachowuje swój urok i chętnie zatrzymuję się tu na chwilę wytchnienia. Warto zabrać aparat – nawet wyschnięty staw potrafi zaskoczyć grą światła, odbiciami drzew i drobnymi detalami, które tworzą prawdziwie malarski pejzaż. Kilka ujęć złotego światła nad taflą błotka, mgiełki unoszącej się nad wodą czy drzew w tle sprawia, że miejsce wygląda jak z innego świata.

To chwilowe

To na pewno tylko chwilowe załamanie pogody. Przez kilka dni było naprawdę pięknie, ale wierzę, że słońce i ciepło szybko do nas wrócą. Dokładnie takie, jak na moich zdjęciach – niby jesienne, a w odczuciu przyjemne ciepełko, i to nawet wcześnie rano. Jechało się miło po dobrze znanych miejscówkach, a nad wodą klimat był wręcz bajkowy.

Na zdjęciu udało mi się uchwycić właśnie taki poranek – delikatna mgiełka unosząca się nad wodą, złote światło wschodzącego słońca i odbicia drzew w tafli stawu. Całość wyglądała jak wyjęta z baśni, a natura po raz kolejny udowodniła, że potrafi zaskoczyć malarskim pejzażem.

Jazda przez mgły

Mgły były tylko miejscami. Gdzieniegdzie nad łąkami, a w lasach tylko na większych polanach. Słońce nie świeciło pełną parą, choć było już dosyć wysoko nad horyzontem. Zamglone powietrze pięknie blurowało krajobraz. Jakbym patrzył na świat przez zamglone okulary.

Poranek miał w sobie coś z magii – cisza była cichsza niż zwykle, a każdy oddech niósł zapachy typowe. dla wilgotnego poranka. Droga przede mną zdawała się prowadzić donikąd, a jednak chciało się jechać dalej, by zobaczyć, co kryje się za kolejnym zakrętem. Rower toczył się spokojnie, bez pośpiechu, a ja czułem, że to właśnie takie chwile tworzą prawdziwą przyjemność z jazdy. Wszystko wokół zdawało się zwalniać, jakby świat dostosował się do mojego tempa.

Mgła nad łąką, skrzypienie opon na mokrym szutrze, przelatujące od czasu do czasu ptaki – to wystarczyło, by poczuć się szczęśliwym. Warto dać sobie taką przestrzeń, by w głowie nie było planów ani listy zadań, tylko chwila tu i teraz. Weekend miał smak spokoju, a ja jechałem dalej, jakby świat czekał, żebym go na nowo odkrył.

Dyniowe pole

Podczas sobotniej porannej przejażdżki rowerowej zupełnie przypadkiem trafiłem na pole pełne dyń. Z początku myślałem, że to jakaś wystawa albo przygotowania do Halloween, ale nie – to prawdziwy dyniowy raj. Widok setek pomarańczowych kul poukładanych tak, jakby ktoś je rozsypał specjalnie pod obiektyw, robił niesamowite wrażenie.

Patrząc na to pole, trudno było się nie uśmiechnąć. Każda dynia wyglądała, jakby chciała być najpiękniejszą w całym towarzystwie – większa, bardziej okrągła, bardziej pomarańczowa od reszty. Niektóre przypominały dumne balony, inne raczej skromne ziemniaki na sterydach.

Od razu przeszło mi przez myśl, że to wymarzone miejsce na jesienną sesję zdjęciową. Kolory, klimat i ta naturalna kompozycja sprawiały, że nie trzeba się specjalnie starać, aby wyszło ładnie. Dynie same wiedzą, jak ustawić się do zdjęcia.

Wzięli mnie za grzybiarza

Coraz rzadziej wyruszam na rower, a jeśli już, to zwykle na krótkie treningi, żeby wyładować nadmiar energii. W sobotę jednak od rana mój poziom energii był wyjątkowo niski, więc pojechałem bez spiny, ot tak – pokręcić się po okolicy, nagrać kilka ujęć i zrobić parę zdjęć. Szału może nie było, ale delikatne mgiełki unoszące się nad zalewem tworzyły piękny klimat, a poranne światło pozwalało poczuć się jak w zaczarowanym świecie.

Nie wiedzieć czemu, wędkarze łowiący ryby wzięli mnie za grzybiarza, który jedzie w las po swoje grzybowe szczęście. Pewnie nie mieściło im się w głowie, że można tak po prostu jechać nierówną, trawiastą drogą dla innych doznań – dla radości z samego ruchu, dla poczucia wolności, dla świeżego powietrza i ciszy, której w codziennym pędzie tak brakuje. To te drobne, a jednak niezwykle ważne momenty, kiedy człowiek zatrzymuje się w czasie, zamiast gonić za nim.

Bo rower to nie tylko kilometry i statystyki – to także sposób na spotkanie samego siebie. A takie poranki, nawet jeśli na pozór „bez szału”, zostają w pamięci na długo i cieszą bardziej niż najlepszy wynik z licznika.

Aparat w sakwie

Co prawda aparat leżał w sakwie, ale nie chciało mi się go wyciągać. Smartfon był pod ręką, a przecież moje zdjęcia nie trafiają na wystawy, więc nie muszą być perfekcyjne pod względem technicznym. Poranek był senny, chłodny i wilgotny. Dziwiłem się, że ktoś w ogóle był nad wodą. Kilku wędkarzy zaczęło dzień jeszcze przede mną. No wiadomo – pasja to pasja, i ciepłe łóżko idzie w odstawkę, kiedy ona wzywa.

Bardzo delikatna mgła unosiła się nad zalewem, otulając taflę wody. Światło poranka było miękkie i łagodne, jakby wszystko wokół zwolniło tempo, by można było naprawdę poczuć ciszę. Nie było słychać nawet pluskania wody. Chwila absolutnie warta tego wczesnego wstawania.

Orkiestra kolorów

Dzień budził się powoli. Chmury zalegające nad horyzontem długo nie chciały uwolnić słońca ze snu. Pewnie czuło się ono jak ja rano – gdy duch rwie się na rower albo na fotografowanie, a kołdra trzyma ciało przy łóżku i nie chce go wypuścić.

Od wschodu mijał kwadrans, potem drugi, aż w końcu słońce wyjrzało. I to wyjrzało z przytupem, pokazując się jako mała żółta kulka tuż nad linią horyzontu. A później… no cóż, później nadal było pięknie przez kolejne kwadranse. Do spektaklu dołączyły pierzaste chmury, rozciągając się jak dekoracje na niebiańskiej scenie.

Całość miała w sobie coś z leniwej orkiestry – każdy element natury wchodził powoli, ale gdy już zabrzmiał, tworzył idealną harmonię. Powietrze pachniało świeżością, trawa połyskiwała rosą, a ciszę przerywał tylko śpiew porannych ptaków. To były te chwile, kiedy człowiek uświadamia sobie, że nawet najprostszy wschód potrafi być widowiskiem na najwyższym poziomie.

Przerwa fotorowerzysty

Trochę się fotograficznie działo w ubiegłym tygodniu – trzy czy cztery cudowne plenery z pięknym niebem, mgłami i bajkowym klimatem. Ale najpierw kilka zdjęć z dzisiejszej wyprawy rowerowej. Po dłuższej przerwie ruszyłem nieco dalej, oczywiście o mojej ulubionej porze, jeszcze po ciemku, żeby złapać najpiękniejsze warunki.

Przez ponad dwie godziny towarzyszyła mi cisza, subtelnie kolorowe niebo i kilkanaście czapli siwych, które spotykałem na kilku łąkach. Czyżby zbierały się do odlotu? Podobno część zostaje na zimę w Polsce, ale czy to prawda… nie jestem ornitologiem i zupełnie się na tym nie znam. Zdjęć czapli jednak nie mam, bo nie zabrałem lustrzanki, a na smartfon były dużo za daleko 😦

Po dłuższej przerwie taka wyprawa smakuje podwójnie. Nogi i kręgosłup trochę marudziły, ale głowa miała wrażenie, że wróciła do domu: wolność, spokój i świt grający tylko dla mnie. To jest właśnie radość fotorowerzysty — odrobina zmęczenia, sporo zachwytu i uśmiech, który trzyma do wieczora.

O ósmej po robocie

Sobota. Budzę się o wschodzie słońca – to ten dzień, kiedy po ponad dwóch tygodniach mam zamiar wsiąść na rower i bez bólu przejechać przynajmniej półtorej godziny. Już próbowałem raz i źle się to skończyło. Tym razem się udaje – po jeździe czuję tylko ból mięśni, bo po takiej przerwie zdążyły zapomnieć, do czego są.

Pogoda taka sobie – na niebie chmury, światło mało ciekawe, ale jakże cieszy jazda o poranku! Wstępuję do moich ulubionych miejsc – nad zalewy w Kamionce i Cierpiszu. Niespiesznie wracam do punktu startu.

Mimo upałów, które panują w ciągu dnia, jest jeszcze w miarę chłodno. Jeszcze nie ma ósmej, a ja już po robocie.