Żeby nie opadły zielone

Kontynuując temat porannych przymrozków. Jednego z nich wsiadłem na rower, by sprawdzić jak jest w lesie. Na pewno było zimno, jeszcze po dziewiątej rano wciąż było na minusie. Po drugie na nizinach jest nadal całkiem zielono.

Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby liście przebarwiały się jak najpóźniej, ale martwi mnie, czy nie opadną, zanim zdążą się na dobre przebarwić. To byłoby straszne 😦

Kadr okraszony

Serce rośnie, kiedy trafiam na takie sytuacje. Zarośnięty krzaczorami przydrożny krzyż zyskał nowe życie. Chwała temu, kto się nad nim zlitował i oczyścił jego okolicę. Jedno z moich ulubionych miejsc odzyskało swój klimat.

Wsiadłem zatem na roer i wróciłem tam po raz kolejny, aby uwiecznić na zdjęciach to wyjątkowe miejsce. Traf chciał, że mój kadr okrasiły dwie przejeżdżające akurat rowerzystki i przepiękny zachód słońca.

Ulotne zjawisko

Wyjeżdżałem rowerem z domu – na niebie było nimbo. Była jakaś tam szansa na malutkie prześnienia nad zachodnim horyzontem, ale zdawałem sobie sprawę, że to może się nie zdarzyć. Jednak się zdarzyło – w pewnym momencie zaczeły pojawiac się okazałe promienie, a ja byłem w centrum wsi.

Pocisnąłem mocniej, aby dojechać na jakiś niezabudowany teren. W takich chwilach przydaje się forma, bo zazwyczaj to się nie spieszę delektując się jazdą. W ostatniej chwili zziajany dotarłem poza zabudowania i udało się jeszcze uchwycić to ulotne zjawisko.

Byle do brzasku

Tyle mgieł, co przez ostatni miesiąc nie widziałem przez ostatnie kilka lat, jak fotografuję. Umożliwił mi to oczywiście rower i determinacja, aby wstawać przed świtem, jechać długie kilometry w poszukiwaniu nowych miejscówek. I chociaż nie z każdego wyjazdu przywożę zdjęcia, to i tak zostaje mi satysfakcja z samej jazdy.

Najgorsze są pierwsze minuty jazdy. Kiedy jest zimno, ciemno miawam myśli, czy nie zawrócić do domu. Pierwsze kilometry pokonuję nie za chętnie. Na szczęście zawsze szybko mi to mija, zwłaszcza kiedy zobaczę brzask. Kiedy jeszcze jest ciemno, a już wiadomo, że lada chwila pojawią się kolory, słońce, zrobi się nieco cieplej.

Mgły dopisały

Środową wyprawę rowerową poprowadziłem po mało ciekawych nizinnych terenach. Tym razem postawiłem nie na widoki, a na zebranie dodatkowych kwadratów (tak z grubsza polega to na tym, że mapa świata została podzielona na kwadraty o wielkości ok. 1,5×1,5 kilometra. Jeżdżąc rowerem, zaliczam kolejne kwadraty na mapie. Wystarczy, że trasa mojego przejazdu przebiegała choćby minimalnie przez dany kwadrat).

Miałem cichą nadzieję, że świt zastanie mnie w jakimś odludnym, ciekawym miejscu i że będzie on spaktakularny. No cóż, marzenie się spełniło, choć słońce długokazało na siebie czekać ze względu na chmury. Ale najpiękniej zrobiło się, gdy akurat przejeżdżałem wzdłuż jakowejś rzeczki, więc dopisały i mgły.

Przyjemna przejażdżka

To dzisiaj jest ostatni dzień lata. A w tym roku lato będzie trwało nadal. Prognozy pogody są optymistyczne i oby sie sprawdziły. Co prawda to ciepełko nie jest już takie jak w lipcu czy sierpniu, ale jak dla mnie jest jeszcze przyjemniej. Wyżowa i bezwietrzna pogoda sprzyja porannym mgłom, a to mnie cieszy najbardziej.

Już niezliczoną ilość razy podziwiałem te cudowne klimaty z dwóch kółek. Wystarczy wstać rano (a wschód jest już całkiem późno, bo po szóstej), zapakować do sakwy aparat i ruszyć przed siebie. Ranki trwają długo, klimat utrzymuje sie nawet do dwóch godzin po wschodzie. Na pewno nawinie się coś przed obiektyw, a jeśli nawet nie, to zostaje przyjemna przejażdżka.

Farma wiatrowa w Soninie we mgle

Dawno chciałem spróbować jazdy rowerem nocą. Ale taką prawdziwą, nie wieczorem, nie godzinę przed świtem. Nie krótki spacer, ale kilkugodzinna jazda. W sobotę nadarzyła się ku temu okazja. Na cel wybrałem odległą o ponad trzy godziny jazdy farmę wiatraków. Aby zdążyć na świt musiałem wyjechać z domu przed trzecią rano.

Było rześko, raptem 5 – 7 °C, bardzo cirmno i miejscami nieco mgliście. Za to cały czas nisko nad wschodnim horyzontem towarzyszył mi przepiekny gwiazdozbiór Oriona.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że całe wzgórze z wiatrakami zasnute jest gęstą mgłą. Nigdy nie zapomnę tych przejmujących dżwięków skrzypiących łopat docierających niewiadomo skąd. Mimo świadomości, że dookoła mnie jest dziesiątki wiatraków, miałem ciarki na całym ciele. Udało się zrobić jedną fotkę, kiedy na moment przebiło się słońce.

Pod lipą

Tradycyjnie wyjechałem przed świtem. Nic a nic nie wskazywało na tak spektakularny wschód słońca. Najpierw nie było żadnych chmur, kilka kilometrów dalej zalegała gęsta mgła, ale po następnych kilku na krótkim odcinku trasy mgły nie było i akurat wtedy pojawiły się te przecudne chmurki.

Słońce właśnie wyłaniało się zza horyzontu oświetlając to co na niebie i nieśmiało to co na ziemi. Jakież miałem szczęście, że to się działo akurat koło tej urokliwie położonej starej kapliczki pod okazałą lipą.

Kapliczki

Kapliczki zawsze będą dla mnie jedym z ulubionych tematów fotograficznych. Wiedziałem, że jest ich dużo w mojej okolicy, ale dopiero kiedy zacząłem jeździć rowerem widzę, ile ich jest naprawdę.

Szczerze napiszę, że zwracam uwagę tylko na te wyjątkowe. Stare, wybudowane ze starannością dawno temu. Ale również te znajdujące się w wyjątkowych miejscach. Te w otoczeniu drzew, ale i samotne krzyże wyrastające ni stąd ni zowąd w szczerym polu.

Różny klimat

W niedzielny poranek wybrałem się na Pogórze Strzyżowskie. Tam ostatnimi czasy niezawodnie co rano zalegają mgły. Jeszcze przed świtem pomknąłem na pagórki aby podziwiać te niesamowite morza mgły. Zjeżdżając z górek zanurzałem się w nie. W wilgoć i chłód. Zaskakujące jak bardzo może różnić się klimat w miejscach oddalonych od siebie zaledwie o kilka kilometrów.