Robota nie zając

Rozglądanie się na boki podczas jazdy rowerem nie jest do końca bezpieczne. Nawet, jeśli jedzie się wolno, turystycznym tempem. Nieraz widoki potrafią tak pochłonąć, że można przeoczyć przeszkody (zwłaszcza na polnych i żwirowych drogach), albo wręcz stracić równowagę i wylądować w rowie.

A co ja tam ciekawego wypatrzyłem ostatnimi czasy? Dziś kolejne cztery wybrane kadry, które zwróciły moją uwagę. Pierwszy można zatytuować „Robota nie zając, nie ucieknie” – dwóch Panów podczas pogawędki przy pracach polowych.

Na kolejnej fotce rodzą się własnie bele słomy – jeden z moich ulubionych polnych widoków 😉

Czarny baran i dwie czarne owieczki? Barania mama to tylko głowę ma czarną, ale baraniątka już całe czarne… Podejrzana sprawa…

Zawsze przejeżdżając koło tego miejsca zastanawiam się, kiedy w końcu otwarcie. Bo zjadłbym chętnie zapiekankę poza zgiełkiem miasta, przy bocznej drodze, na łonie natury 😀

Wilgoć i upał

Do południa burze, a po południu znienacka się rozpogodziło i od razu wskoczyło na termometr trzydzieści stopni. I ta ogromna wilgoć. Tak było w ubiegłą sobotę. Idealna pogoda na rower. Zresztą na rower każda pogoda jest idealna, może poza deszczem i śniegiem 🙂 Choć zdarzyło mi się już, że raz w zimie w drodze złapała mnie gołoledź! 🙂

Stada krów spotykałem już nie raz, ale w takim miejscu, na szczycie pagórka i w pięknym świetle? Tego nie mogłem nie uwiecznić.

Wiejskie obrazki z życia wzięte. To jest to za czym się rozglądam jeżdżąc rowerem. Tylko te wyjątkowe kadry w pięknym świetle. Niby nic takiego, a przywołuje wspomnienia z dzieciństwa.

Tak jakoś mi się spodobał ten wesoły wycinek rzeczywistości. Droga, krzyż i złożóne pod nim bele…

Widok na Bramę Frysztacką nigdy nie może się znudzić. Malowniczy przełom Wisłoka.

Czarno-biali modele

Jakoś do tej pory nie miałem szczęścia do bocianów, które ustawiały mi się do zdjęcia. Od kiedy jeżdżę na rowerze często spotykam je na przydrożnych łąkach. Czasami zatrzymuję się, aby zrobić im zdjęcia. One widząc mnie czasami odlatują, a czasami wręcz wdzięczą się do obiektywu.

Międzyburzowe obłoczki

W sobotę przed południem przechodziły u nas burze. Jedna po drugiej. Ponieważ ja mieszkam w dolince, gdzie nic nie widać pozwoliłem sobie wyjechać na punkt widokowy i stamtąd poobserować co dzieje się na niebie.

Najfajniej było, kiedy jedna burza przechodziła, a kolejnej jeszcze nie było. Te kłęby pary wodnej, czy też chmury… nieważne, grunt, że wyglądało to całkiem zjawiskowo.

Mieszanina obrazków

Muszę wrócić do zdjęć z ubiegłoczwartkowej wyprawy rowerowej. Tym razem cudowne niebo, które się zrobiło na niespełna godzinę po wschodzie słońca:

Chwilę później na łące spotkałem trzy spacerujące bociany, ale zanim dostałem się do aparatu, odleciały. Może to i dobrze, bo udało się je złapać w locie. Ale tylko dwa 😉

Zatrzymałem się, bo coś zjeść, kiedy akurat zza chmur wyszło słońce. Spodobała mi sie ta scena z rowerem i jego cieniem.

Na powrocie zdarza mi się zajechać pod hodowlę konika polskiego. Tego dnia razem z konikami pasł się bocian.

Coś na pewno

Dlaczego takie wieczory nie zdarzają się częściej…. czy wtedy by się nam nie znudziły…? Ciężko powiedzieć. Myślę, że mogło by tak być. Ja wolę jak zdarzają się raz na jakiś czas, bo ja lubię wyczekiwać. Jestem cierpliwy – wiem, że wczęśniej czy później trafię na wspaniałe warunki, czy to o wschodzie, czy zachodzie słońća.

Podobnie jadąc rowerem – nie rozglądam się nachalnie za tematami do fotografowania. Raczej czekam, aż coś szczególnego zwróci moją uwagę. Wiem, że jak nie tym razem to z pewnościa nastęnym.

Przed deszczem

W czwartek zapowiadano dobrą pogodę, więc ruszyłem na nieco dłuższą wyprawę rowerową. Zacząłem już po czwartej rano, kiedy było prawie całkiem ciemno i dobrze, bo kiedy kończyłem kilka godzin później po przejechaniu stu trzydziestu kilometrów właśnie spadały pierwsze krople deszczu.

Udało się złapać kilka fajnych kadrów. Dziś pokażę cztery z nich. Pierwsze foto powstało na starcie. Właśnie na niebie pokazywały się pierwsze kolory.

Dwadzieścia kilometrów dalej zauważyłem ciekawe zjawisko na niebie – tak zwana ‚virga’ – opad nie dolatujący do ziemi. A to wszystko cudownie podświetlone promieniami wschodzącego słońca.

Kolejne zdjęcie to sarnia rodzinka. Dwa podrośnięte sarnionka z mamcią. Hasały sobie na łące blisko drogi. Oczywiście zostałem zauważony, ale na szczęśćie zdążyłem wydobyć aparat z sakwy.

Zatrzymałem się, żeby coś zjeść. A tam za krzakami niezwykle wylyzowana koza. Spodobała mi się jej mina, zastanawiam się co ona mówi 🙂

Chwilkę poczekałem

Zachwycamy się zdjęciami słynnych miejsc na świecie, ale jak ktoś nie lubi bądź nia ma możliwości podróżowania z pewnością znajdzie coś ciekawego i u siebie. Bo moim zdaniem każde miejsce w takich okolicznościach nieba wygląda niesamowicie.

Tego wieczoru nad okolicą zawisła chmura, a ja tylko czekałem, aż zaświeci wspaniałymi kolororami. Wystarczyło troszkę poczekać, aż słońce zejdzie niżej. Samym wieczorem rozpoczął się spektakl natury. Punkt kulminacyjny udało się uwiecznić na pierwszym zdjęciu. To szeroka na trzecią część horyzontu panorama złożona z kilkunastu pojedynczych ujęć.

Już setka

Sobotnia wycieczka rowerowa może nie obfitowała w zbyt piękne kadry, bo jeździłem po mniej ciekawym terenie i nie chciało mi się wstać o świcie, ale udało się wypatrzeć kilka kadrów.

Bardziej ucieszyło mnie to, że po płaskim terenie udało się przejechać sto kilometrów, mimo jeszcze nie do końca sprawnej dłoni. Nie tracę nadziei, że jeszcze miesiąc, może dwa i będę mógł normalnie jak człowiek, trzymać kierownicę obiema rękami.

Włóczęga

W niedzielę pojechałem już tylko lajtowe pięćdziesiąt kilometrów. Lubie jeździć w niedzielę przed południem, bo ruch na drogach jest znikomy. Przyjemne dwadzieścia kilka stopni i delikatny wiaterek sprzyjały włóczeniu się po okolicy. Poniżej kilka kadrów, które udało się uwiecznić po drodze.