Farma wiatrowa w Soninie we mgle

Dawno chciałem spróbować jazdy rowerem nocą. Ale taką prawdziwą, nie wieczorem, nie godzinę przed świtem. Nie krótki spacer, ale kilkugodzinna jazda. W sobotę nadarzyła się ku temu okazja. Na cel wybrałem odległą o ponad trzy godziny jazdy farmę wiatraków. Aby zdążyć na świt musiałem wyjechać z domu przed trzecią rano.

Było rześko, raptem 5 – 7 °C, bardzo cirmno i miejscami nieco mgliście. Za to cały czas nisko nad wschodnim horyzontem towarzyszył mi przepiekny gwiazdozbiór Oriona.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że całe wzgórze z wiatrakami zasnute jest gęstą mgłą. Nigdy nie zapomnę tych przejmujących dżwięków skrzypiących łopat docierających niewiadomo skąd. Mimo świadomości, że dookoła mnie jest dziesiątki wiatraków, miałem ciarki na całym ciele. Udało się zrobić jedną fotkę, kiedy na moment przebiło się słońce.

To byłby grzech

Długie dni robią się coraz krótsze i gdzieś już na dniach dzień będzie równy nocy. Uświadomiłem sobie to jeżdżąc w ubiegłym tygodniu do pracy na siódmą i widząc dopiero co wstające słońce.

I właśnie a propos wstającego słońca, taki oto widok miałem któregoś poranka. Niestety miałem przy sobie tylko smarfon, ale jak powszechnie wiadomo najlepszy aparat to ten, który ma się aktualnie przy sobie. Grzechem byłoby nie uwiecznić tego hipnotyzującego wschodu słońca.

Pod lipą

Tradycyjnie wyjechałem przed świtem. Nic a nic nie wskazywało na tak spektakularny wschód słońca. Najpierw nie było żadnych chmur, kilka kilometrów dalej zalegała gęsta mgła, ale po następnych kilku na krótkim odcinku trasy mgły nie było i akurat wtedy pojawiły się te przecudne chmurki.

Słońce właśnie wyłaniało się zza horyzontu oświetlając to co na niebie i nieśmiało to co na ziemi. Jakież miałem szczęście, że to się działo akurat koło tej urokliwie położonej starej kapliczki pod okazałą lipą.

Kapliczki

Kapliczki zawsze będą dla mnie jedym z ulubionych tematów fotograficznych. Wiedziałem, że jest ich dużo w mojej okolicy, ale dopiero kiedy zacząłem jeździć rowerem widzę, ile ich jest naprawdę.

Szczerze napiszę, że zwracam uwagę tylko na te wyjątkowe. Stare, wybudowane ze starannością dawno temu. Ale również te znajdujące się w wyjątkowych miejscach. Te w otoczeniu drzew, ale i samotne krzyże wyrastające ni stąd ni zowąd w szczerym polu.

Różny klimat

W niedzielny poranek wybrałem się na Pogórze Strzyżowskie. Tam ostatnimi czasy niezawodnie co rano zalegają mgły. Jeszcze przed świtem pomknąłem na pagórki aby podziwiać te niesamowite morza mgły. Zjeżdżając z górek zanurzałem się w nie. W wilgoć i chłód. Zaskakujące jak bardzo może różnić się klimat w miejscach oddalonych od siebie zaledwie o kilka kilometrów.

Łanie i sarny

Kto powiedział, że nie można tropić dzkiej zwierzyny rowerem? Jasna sprawa, że można. Wcześniej pokonywałem kilometry lasu na nogach, ale od jakiegoś czasu wybieram się w las rowerem w jednym celu – przypadkowo spotkać się z jeleniami lub sarnami.

I w sobotę szczęście mi dopisało. Ruszyłem kótko po świcie i tych przypadkowch spotkań miałem kilka. W większości nie zdążyłem zrobić zdjęcia, ale dwa razy się udało. Najpierw łanie – mama z partnerką i ich córka 😉 Te jednak szybko się rozeszły, ale chwilę później spotkałem dwie młodziutkie sarny i bohaterkę drugiego planu za nimi.

Pasje, które wzajemnie się napędzają

W końcu kilka chmurek. Co rano niebo jest bezchmurne, ale w sobotę było inaczej. Nad wschodnim horyzontem wisiała niepozorna chmurka, którą cudnie pokolorowało słońce nieśmiało przebijające się zza chmur.

Właśnie takie widoki nakręcają mnie do porannego wstawania. Ale wiem, że gdyby chodziło tylko o fotki, nie wstawało by mi się tak łatwo. Ale kiedy jest jeszcze rower, to te dwie pasję napędzają się wzajemnie.

Zapisane w głowie

Zabiorę Was dziś ze sobą na chwilę do lasu. Chyba w piątek (już się gubię gdzie kiedy byłem) spędziłem ze sześćdziesiąt kilometrów w lesie. Większość znanych mi ścieżek i kilka nowych. Było rześko i mgliście. I spokojnie. Cicho. Delikatne mgły tworzyły wspaniały klimat sprawiający, że te kilka godzin niepostrzeżenie minęło. Zostały obrazy, zapachy i dźwięki zapisane w głowie.

Bardzo długo

Planując trasy rowerowe, zaczynam je z domu, albo podjeżdżam z rowerem na dachu auta w jakieś miejsce. Ważne jest, by tak zaplanować trasę, aby podczas tych pierwszych chwil świtu znaleźć się w jakimś fajnym miejscu z widokiem na horyzont.

No i żeby wystartować o odpowiedniej porze, bo inaczej trzeba byłoby tam czekać i marznąć. A poranki ostatnio są naprawdę zimne. Rano potrafi być 7°C, a kiedy kończę trasę 27°C. I jak tu się ubrać? Zazwyczaj wracam z sakwą wypchaną ciuchami, które co kilka stopni zrzucam z siebie 😉

Pogoda jest do zndzenia co rano taka sama. Zero chmur i zamglenia. Mnie to sie nie nudzi. Może tak być baardzo długo.

Tyłek tego nie lubi

Piątkowy poranek postanowiłem spędzić na nizinach. Nie ma tam tak spektakularnych widoków o poranku, jak na pagórkach, ale chciałem pojeździć też trochę po płaskim terenie. Trasę ułożyłem tak, aby na wschód słońca załapać się nad pobliskim zalewem. Przyznam, że spodziewałem się większego zamglenia, no ale tam akurat go nie było.

Mimo to świt był bardzo klimatyczny i naładował mnie optymistycznie na kolejną setkę na dwóch kółkach. Tym razem ponad połowa trasy po leśnych szutrach. Tyłek tego nie lubi, ale reszta mnie jak najbardziej. Cisza, zero ruchu, zero ludzi. Tylko ja i natura.