Trafiło się raz i mam co wspominać cały tydzień. Bo takie cudowne wschody słońca nie trafiają się zbyt często. A w zimie, to już całkiem rzadko.



Trafiło się raz i mam co wspominać cały tydzień. Bo takie cudowne wschody słońca nie trafiają się zbyt często. A w zimie, to już całkiem rzadko.



Na nizinach śnieg się nie utrzymywał długo. Ale kiedy wyjechałem na wzniesienia, tam w lesie było biało. Znaczy się tylko troszkę było poprószone białym puchem, ale jakoś zawsze człowiek się ekscytuje pierwszymi zimowymi widokami…




Spędziłem przy tych drzewkach może z kilkanaście minut. Kolory w tym czasie zmieniały się błyskawicznie. To był czas, kiedy słońce przebijało się przez najgęstsze warstwy atmosfery malując chmury coraz to inną farbą.




Czy jeszcze leżał śnieg, a ja mimo to wybrałem się na rower? Tak, bo cztery dni przerwy to było już aż nadto długo. Asfalt co prawda był suchy, ale zjeżdżając na polne drogi, musiałem uważać, żeby nie wywinąć orła.
A w wywijaniu orłów mam już troszkę doświadczenia, bo kilka razy się zdarzyło. Dokładnie, z tego co pamiętam, trzy. A ten jeden raz, jak może niektórzy pamiętają, zakończył się operacją ułamanego kciuka…




Ten jeden jedyny dzień od bardzo dawna, kiedy w końcu chmury ustąpiły czystemu niebu. No, prawie czystemu i bardzo dobrze, że tych kilka chmurek się zostało, bo to one zrobiły robotę na mojej fotce.
Uporczywy wiatr nie ułatwiał fotografowania. Dobrze, że kilka warstw grubej odzieży mnie odpowiednio dociążyło, bo nie wiem, jak by się to skończyło!

O święty Marku, orędowniku dobrej pogody! Coś Ty dzisiaj rano zrobił?!? Pomijając zimowy klimat z odrobiną śniegu i szadzią na drzewach, jeszcześ do tego niebo pomalował na kolory, których nawet nie potrafię nazwać!
Nie miałem w planie wstawać na fotografowanie, ze względu mroźne wiatrzysko, ale że się już obudziłem, to od niechcenia wsiadłem w auto i pojechałem przed siebie. Kiedy jednak zobaczyłem, co zaczyna dziać się na niebie, zapiąłem wyższy bieg i rura na miejscówki! Mimo że wcześniej kolory były jeszcze bardziej intensywne, to właśnie tu powstało moje ulubione zdjęcie.

Dokładnie dwa lata temu bez jednego dnia, 14 grudnia poranek przywitał mnie niesamowitymi widokami. Akurat rano jechałem załatwić pewną sprawę i dlatego odkryłem takie widoki, bo te cudownie oblepione drzewa występowały tylko na wyższych pagórkach mojej okolicy.
Szybki telefon do pracy, że dziś mnie nie będzie, pojechałem do domu po aparat i resztę dnia (a jak wiadomo, w zimie dzień krótki) spędziłem jeżdżąc, spacerując i fotografując. Odwiedzałem po kolei moje ulubione miejscówki na wyżej położonych terenach. Dopiero zapadający zmierzch przypomniał mi, że pasowało by wrócić do domu, a żołądek przypomniał, że jestem tylko o śniadaniu…




Mgła pojawiła się ni stąd ni zowąd po południu. Wyjechałem rowerem na pobliskie wzniesienie i ona tam już była. Obawiałem się, że na drodze może być ślisko i miałem rację. Jazda rowerem po śliskiej drodze to nie jest dobry pomysł. Zatem po zrobieniu zdjęcia powoli zjechałem z powrotem do doliny, gdzie temperatura była już dodatnia, a po mgle kilka kilometrów dalej nie było śladu.



Jeśli jeżdżę rowerem w dzień, a zdarza się to teraz tylko w weekendy, zawsze wrzucę do sakwy aparat z teleobiektywem. A nuż trafi się jakaś sarna, albo inny lis.
Tym razem moją uwagę zwróciła chmara ptaków, które raz po raz siadały na drutach linii elektrycznej i za chwilę zrywały się do lotu. I tak w kółko. Możliwe, że zimno im było i chciały się trochę rozruszać 🙂



Kiedy nie mam nowych zdjęć, a sezon ogórkowy wciąż trwa, sięgam do mojego archiwum, gdzie znajduje się bagatela około sześciu tysięcy niepublikowanych fotek zrobionych w ciągu ostatnich pięciu lat.
I trafiłem na perełki z końcówki października 2020 roku znad zalewu w Kamionce. Wspomnienia od razu powróciły i przypomniałem sobie pewien mglisty poranek, kiedy to spędziłem tam sporo czasu, spacerując i fotografując.



