Przedwiośnie na dwóch kołach

Marzec… Niby już nie zima, ale do wiosny jeszcze kawałek. Nie ma zieleni jak w maju, nie ma złotych liści jak jesienią, niby szaro, trochę buro, ale w powietrzu czuć coś nowego – nadzieję!

Bo chociaż przyroda jeszcze się nie budzi, a drzewa stoją gołe, to dni stają się coraz dłuższe, słońce częściej wygląda zza chmur, a powietrze pachnie już inaczej – mniej mrozem, a bardziej obietnicą cieplejszych dni.

Na razie trzeba cieszyć się tym, co jest – ciepłymi promieniami na twarzy, śpiewem pierwszych ptaków i tym, że jazda na rowerze wreszcie nie oznacza odmrażania palców.

Wieczorna rowerowa sielanka

Wtorek to był ten dzień, kiedy po wielu miesiącach jazdy w zimowych warunkach wreszcie można było poczuć mały luksus – dwucyfrową temperaturę! Niby tylko dziesięć stopni, ale po tygodniach marznięcia każdy podmuch ciepłego powietrza wydawał się jak zapowiedź wiosny!

Trzydzieści kilometrów po znajomych trasach, ale w zupełnie nowej odsłonie. Zachód słońca malował świat na złoto, a asfalt lśnił w jego ciepłym blasku, jakby przez chwilę zapomniał, że jeszcze niedawno skuwał go lód. Miejmy nadzieję, że wiosna powoli przejmuje stery – światło wieczorem robi się coraz piękniejsze, a jazda znowu sprawia frajdę bez walki z mrozem. 

Leśne spotkanie z królowymi kniei

Niedzielny poranek nie zapowiadał się obiecująco – padający i szybko topniejący śnieg, pochmurno i ponuro. Idealna pogoda, żeby zostać w łóżku… ale to oczywiście nie dla mnie! Skoro świt ruszyłem na długi spacer do lasu, uzbrojony w aparat i teleobiektyw, licząc na jakieś ciekawe spotkanie.

Przez długi czas nic się nie działo – puste ścieżki, cisza, ani śladu dzikich mieszkańców lasu. Powoli zaczynałem myśleć, że tym razem dzikie zwierzęta postanowiły się ukryć. W pewnym momencie chciałem skręcić w jedną z dróżek, ale coś mnie tknęło – poszedłem w drugą stronę. I to była najlepsza decyzja tego dnia! Nagle, tuż przede mną, ukazało się spore stado łań.

Kilkadziesiąt metrów dalej – kolejne! Stanąłem jak wryty, wstrzymałem oddech, by ich nie spłoszyć. Aparat poszedł w ruch i… zanim się obejrzałem, miałem 240 zdjęć! Oczywiście z tego wszystkiego wybrałem tylko kilka najlepszych, ale sama chwila była warta każdego ujęcia.

Leśna dolina i małe wielkie odkrycia

Czasem wystarczy wyjść na spacer, by trafić w miejsce, które zachwyca swoją prostotą. Środek lasu, dolina otoczona skarpami, a w dole wije się niepozorny strumyk. W popołudniowym świetle wszystko nabiera ciepłych barw.

Takie chwile przypominają, jak fajnie jest zwolnić, zejść z utartych ścieżek i po prostu chłonąć naturę. Niby nic wielkiego, a jednak człowiek wraca z takim spaceru trochę lżejszy… no, może poza butami, bo błoto było konkretne!

Luty jak kwiecień

Czasem luty potrafi zaskoczyć. Środa była jak podróż w przyszłość – zamiast mrozu i śniegu, słońce, ciepło i idealne warunki na rower. Kręciło się aż miło, choć chwilami zastanawiałem się, czy przypadkiem to nie kwiecień 🙂

Pod wieczór las zrobił się magiczny. Złote światło przedzierało się przez drzewa, a ja jechałem jak zahipnotyzowany tym widokiem. Gdyby nie zdrowy rozsądek, pewnie zatrzymywałbym się co kilka metrów na kolejne zdjęcia i wrócił do domu dopiero w nocy 🙂

Lodowa pokusa

Zatrzymałem się na żwirowni, żeby zrobić kilka zdjęć, a tam gruba tafla lodu kusiła mnie do poślizgania się, jak za młodych lat. Szybko jednak się opamiętałem i przypomniałem sobie po co tu przyjechałem. Spojrzałem w górę – niebo było przepiękne, pomarańczowo-żółte, a kolory odbijały się w lodzie tak pięknie, że zapomniałem o jakimkolwiek szaleństwie, które w moim wieku mogłoby się skończyć wizytą u ortopedy.

Pastelowy wschód

Jeden z ostatnich poranków. Stałem nad czymś, co kiedyś było bajorkiem, a teraz nie dość, że wyschło, to jeszcze zamarzło. Czekałem, aż niebo zdecyduje się w końcu pokazać coś więcej. Kilkanaście minut przed wschodem zaczęło nabierać barw. Nieśmiało, jakby nie chciało zdradzać swoich tajemnic.

Pierwsze delikatne różowe odcienie były zapowiedzią czegoś większego, jednak wielkich fajerwerków nie było. Potem niebo znów zamilkło. Jakby mówiło: „To wszystko, co masz dzisiaj dostać. Więcej innym razem!”

Złoto na wodzie

Wracałem już ze zdjęć, gdy coś mnie tknęło, żeby jeszcze zajrzeć nad wodę. I całe szczęście, bo właśnie wtedy zrobiło się najpiękniej – słońce rozlało złoto po tafli lodu, a trzciny zaczęły lśnić jak nitki bursztynowego jedwabiu na wietrze.

Tak to jest z fotografią – człowiek planuje, wstaje skoro świt, biega po polach w poszukiwaniu idealnego kadru, a najlepsze światło czeka akurat wtedy, gdy myśli się już tylko o ciepłej herbacie.

No ale jak tu nie wyjąć aparatu, gdy natura sama podaje gotowe kadry? Kilka ujęć, paręnaście minut zachwytu – i dopiero można wracać do domu, z pełną kartą pamięci i lekkim niedosytem, że to już koniec tego poranka.

Lodowa galeria sztuki

Niedzielny poranek, cisza, spokój, tylko ja i… lodowe rzeźby na żwirowni. A przynajmniej tak to wyglądało. Bo w rzeczywistości małe bryłki lodu w moim teleobiektywie wyglądały jak miniaturowe lodowe góry, kryształowe smoki albo abstrakcyjne rzeźby z galerii nowoczesnej sztuki.

Może za ich pośrednictwem zima chciała mi coś przekazać? A może matka natura postanowiła pobawić się w rzeźbiarza? Tak czy inaczej, muszę przyznać, że wystawa była przednia – i to całkowicie darmowa! Tylko katalogu z opisami dzieł zabrakło.

Świt pod nadzorem Księżyca

Nie ma to jak wstać w niedzielę o nieludzkiej porze, kiedy normalni ludzie jeszcze przewracają się na drugi bok. Ja zamiast spać pakuję aparat i jadę w pola.

Jednak nie byłem tam sam. O nie! Miałem towarzysza. Na niebie, wśród pastelowych kolorów przedwschodowego spektaklu, czaił się sierp księżyca. I nie wiem, czy to ja śledziłem jego, czy on mnie, ale na pewno się nie rozstawaliśmy.

Sceneria była trochę jak z bajki – drzewa rysowały się na tle różowo-fioletowego nieba, na termometrze przyjemne minus zero stopni, a ja stałem i podziwiałem ten spektakl, zastanawiając się, czy to na pewno niedzielny poranek, czy może jednak jakaś alternatywna rzeczywistość, w której wstawanie o świcie jest całkowicie normalne i nikt nie tęskni za ciepłą kołdrą 🙂