Każdy wyjazd na rower, choćby krótki, ale owocny w jakiekolwiek zdjęcia bardzo mnie cieszy. Tak też było jednego z ostatnich wieczorów, kiedy niebo postanowiło mnie nagrodzić za moją determinację pięknym spektaklem.




Każdy wyjazd na rower, choćby krótki, ale owocny w jakiekolwiek zdjęcia bardzo mnie cieszy. Tak też było jednego z ostatnich wieczorów, kiedy niebo postanowiło mnie nagrodzić za moją determinację pięknym spektaklem.




Chciałem połączyć rower z fotografowaniem. Jednak niebo było bezchmurne. Ale niebu nigdy nie można wierzyć, bo po kilkudziesięciu minutach zaczęły zbierać się chmury. Niskie słońce pięknie je podświetliło, a ja wróciłem z tymi kilkoma fotkami.




Oj co to był za wieczór. Czekałem do ostatniej chwili w domu, nie mogąc się zdecydować na wyjazd w teren. Na szczęście najpiękniejsze kolory pokazały się dopiero wtedy, gdy słońce było już za horyzontem.



To była chwila. Niby zwyczajny, jakich ostatnio dużo, bezchmurny zachód słońca. Ni stąd, ni zowąd na niebie pojawił się niepozorny obłoczek i… zaczął przybierać kształt serca! Po chwili jak szybko się pojawił, tak szybko zaniknął.

Kilka kolejnych fot z moich „powolnych objazdów komina”. Fajnie, że pogoda dopisuje. Wiatr co prawda nieco mocniejszy, ale tragedii nie ma. No przynajmniej popołudniami. Bo rano 10 stopni to jakaś pomyłka pogodowa 🙂




Sam nie wiem czemu, ale bardzo lubię tę miejscówkę z mostem kolejowym. Ani on ładny, ani nowoczesny, ale jakoś mnie przyciąga i czasami staram się tak ułożyć trasę, aby w tym miejscu zastać zachód słońca.



Wyjechałem z domu dwie godzinki przed zachodem słońca. Tak, aby przejechać ze 40 kilometrów i aby załapać się na zachód słońca. Liczyłem na to, że mimo zachmurzenia, słońce przebije się przez chmury samym wieczorem.
Owszem, przebiło się i jak widać, pięknie pokolorowało chmury.



Zazwyczaj planuję swoje wyprawy rowerowe, ale bywa i tak, że jest to impuls. Przebieram się i wsiadam na rower jadąc przed siebie. Tak było tym razem, a że wybrałem się samym wieczorem, miałem okazję podziwiać kolejny zachód słońca.



Tak zaplanowałem wyjazd rowerowy, aby na sam koniec dnia trafić na pobliską żwirownię. Piękne warunki zaczęły się nieco przedwcześnie, więc musiałem ostro kręcić, aby zdążyć.
Jednak mniejsza z tym, bo widoki i klimat wynagrodziły zadyszkę. Zrobiłem kilka ujęć, a potem podczas postprodukcji, jak zwykle, doprowadziłem je do takiego wyglądu, jak widok odbierały moje zmysły, a nie jak to zarejestrowała bezduszna matryca smartfonu.



Dzisiaj kilka zdjęć z wieczornego spaceru po pobliskim miasteczku.



