Osobiste uczestnictwo

Bywa i tak że nawet mnie, można by rzec stałego bywalca wschodów czy zachódów słońca, natura potrafi zaskoczyć. Zaskoczyć oczywiście pozytywnie. Był ostatnio taki wieczór, który zaczynał się całkiem normalnie, ale ja tylko czekałem, aż słońce zejdzie spod chmur i zabłyśnie swoim blaskiem przez swoje ostatnie minuty na nieboskłonie.

Czekałem i miałem nadzieję na fajny spektakl, ale czegoś takiego to nie spodziewałem się absolutnie. Kolory były tak fantastyczne, że przez chwilę martwiłem się, czy matryca aparatu to ogarnie. No bo ludzkie oko, to wiadomo. Matryca poradziła sobie doskonale i oto możemy wszyscy podziwiać ten niezwykły spektakl, w którym dane mi było uczestniczyć osobiście.

Niebo i ziemia świeciły

Co za niespodziewanie cudowny wieczór. Piątek, bo to tego dnia przed zmrokiem, mimo kontuzjowanego kolana wybrałem się w plener. Bardzo ciężko było mi dojść na upatrzone miejsce, ale głód fotografowania pchał mnie do przodu.

Początkowo niebo było takie sobie. Nie spiesząc się upatrzyłem sobie kilka kadrów i niespiesznie fotografowałem. Po chwili słońce znalazło sobie gdzieś tam między chmurami większą dziurę i zaczął się prawdziwy spektakl. Kuśtykając zawróciłem, aby zrobione wcześniej kadry powtórzyć w tym cudownym swietle.

Na te dosłownie kilka minut wszystko aż raziło blaskiem. Niebo i ziemia zdawały się świecić swoim własnym pomarańczowo żółto czerwonym światłem! Poniżej jedno zdjęcie, które doskonale oddaje nastrój opisywanego wieczoru.

Miedza pomogła

Te same miejsca odwiedzam kilka, kilkanaście, a nawet po kilkadziesiąt razy. Wychodząc często w plener nie ma innej możliwości. Nie zależy mi na oryginalnych kadrach, a na fotografowaniu za każdym razem w innym świetle. A światło potrafi kadry zmieniać nie do poznania.

Akacje pokazywałem już chyba ze sto razy, a będąc tam ostatnio chciałem je uchwycić z jak najdalsza z zachodzącym za nimi słońcem. Na miejscu postanowiłem wykorzystać pozostałe na miedzy wysokie trawy jako sztafaż do mojego kadru. Złota godzina i złote kolory. Niepowtarzalny klimat tych kilkunastu ostatnich minut przed zachodem.

Rezerwat Zabłocie tylko z nazwy

Dziwna sprawa – rezerwat (mowa o rezerwacie Zabłocie), a w jego centrum prywatne stawy. Takie rzeczy tylko w Polsce. Dookoła stawów przez cały dzień (nie wiem jak w nocy) krąży samochód z „ochroną”, która przebędza każdego, kto choćby wychyli kawałek nosa z lasu.

Nie ma gadania, nie ma zmiłuj się. „Ochrona” wozi ze sobą (chyba) petardy, które nader często odpala, aby płoszyć ptaki, które mogłyby nie daj Boże złapać im jakąs rybę z tych stawów. Huku boi się również inna zwierzyna, tak że ów rezerwat jest tylko z nazwy.

Nie ma w nim dzikiej zwierzyny ani ptaków. Wolą się trzymać z daleka od tego niepewnego miejsca. To wszystko mówię z własnego doświadczenia, nie z opowieści, a poniższe zdjęcia zrobiłem jeszcze zanim dowiedziałem się o panujących tam „zasadach” i zanim zostałem przepędzony przez „ochronę”.

Bajkowy świat

Nie spieszyłem się z wyjściem w teren. Moim celem był pokazywany tu kilka dni temu zachodzący rogalik księżyca. Było już po zachodzie słońca, kiedy znalazłem się na wzgózu z rozległym widokiem. Moim oczom ukazał się niezwykły spektakl na niebie. Resztki chmur i kolorowa łuna nad zachodnim horyzontem.

Książkowy przykład światła tak zwanej niebieskiej godziny. Zdjęcia może nie do końca to oddają, ale ten dziwny, chłodny blask odbitego od nieboskłonu światła sprawiał, że poczułem się jak w innym bajkowym świecie.

Obłok czy słońce

Słońce już chyli się ku zachodowi za jednym z okolicznych wzgórz. Spaceruję opodal klasztoru w Kalwarii Pacłąwskiej. Na łące leży stara kłoda drzewa. W jakim celu… nie mam pojęcia. Może do ozdoby, może jeszcze ktoś coś z niej zrobi, zanim całkiem spróchnieje. Za nią rozległa łąka i bezkres pagórków Pogórza Przemyskiego. Na niebie obłok, który również podąża w stronę zachodu. Stoję i czekam kto wygra – on czy słońce.

Gdy czas pozwoli

W polach jest już wręcz ponuro. Ścierniska, zaorane pola, zmęczona zieleń drzew. Ale… wieczorem wszystko nabiera barw. Jest godzina, może półtorej przed zachodem, kiedy najlepiej wybrać się na spacer. Takie miłe zwieńczenie dnia. Ukojenie po pracowitym dniu. W spacerze w wieczornych okolicznościach przyrody znajdują ukojenie nerwy i potem o wiele lepiej się śpi. Polecam, gdy tylko czas Wam na to pozwoli 😉

Sierpień

Kilka niepozornych rozwianych chmur stworzyło wieczorem fajny ciepły klimat. Takie właśnie kolory kojarzą mi się z końcówką sierpnia. Ciepłe, żółte chmury, ciemna zieleń na drzewach, ścierniska i wyschnięte łąki. Zapach ziemi z zaoranych pól. Wiatr jeszcze lekko wieje, ale na noc ustanie całkowicie. Świerszcze pobrzękują leniwie, od czasu do czasu zaświergoli ptak. W oddali słychać „szczekanie” kozła sarny. Ani trochę nie będę się spieszył do domu. Półmrok trwa jeszcze dość długo po zachodzie. Nie zabłądzę, znam tu każdy zakamarek.

Nie do zapomnienia

Nade mną chmury, a kilkadziesięt kilometrów na wschód czyste niebo. To mogło oznaczać tylko jedno – na koniec dnia, kiedy słońce wyglądnie spod tej chmury, będą cudowne warunki do fotografowania. Intuicja nie zawiodła i choć trwało to wszystko raptem 30 minut, to było to najpiękniejsze pół godziny w tym dniu.

Trafiłem na sielski widok prac polowych w pobliżu urokliwie położonej kapliczki. Kwitnąca nawłoć i pola zostały przepięknie oświetlone słońcem i światłem odbitym od chmur. Widok nie do zapomnienia.

Lewitacja

Słońce zniknęło za horyzontem chwilę temu. Miałem za sobą kilka kilometrów pośpiesznego marszu i fotografowania w międzyczasie. Chciałem wykorzystać piękny zachód słońca na maksa i zrobić jak najwięcej różnych ujęć. Byłem przekoanany, że to koniec spektaklu. Jednak jak przed chwilą chmury przestały być żółto złote, tak teraz zaczęły przybierać kolor purpury.

Musiałem przebiec jeszcze kilkaset metrów, aby uwiecznić ten cudowny widok w pobliskiej dolince z samotnie rosnącą wierzbą. Wydawało mi się, że nie biegnę, a lewituję kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Jedynie rozstawianie statywu utwierdzało mnie, że jednak stąpam po ziemi. Odcienie zmianiały się z minuty na minutę. Purpura świeciła może cztery, może pięć minut. Kiedy ocknąłem się z fotograficznego letargu byłem już pod samym drzewem, a niebo zrobiło się szare.