Zapomniane bele

Zaraz będą nowe, a jeszcze stare leżą od ubiegłego roku. Biedne zapomniane bele. A może nie takie biedne, bo oto zyskują popularność jako pierwszy plan moich fotek pewnego cudownego lipcowego wieczoru.

Widziałem je już dawno z przeciwległej górki i właśnie nadszedł ten dzień, kiedy specjalnie pojechałem w to miejsce, aby wykorzystać je na swoich zdjęciach.

Mam fajnie

Odnoszę wrażenie, że przypadki rządzą światem. Bo po raz pierwszy wybrałem się gdzieś nieco dalej rowerem po długiej przerwie i od razu trafiłem na tak niesamowite widoki. Tym razem zaskoczyło mnie niebo. Jedna niepozorna chmura i słońce stworzyły przede mną pokaz promieni, które spowodowały u mnie mega radość. W sumie to fajnie mam, że tak nieporne rzeczy potrafią mnie cieszyć 😀

Kulmimacja piękna

Lipcowe wieczory potrafią zaskoczyć swoim pięknem. Fajnie jak na niebie jest nieco chmurek, ale nie za dużo. Niskie słońce wydobywa głębię krajobrazu. Najlepiej byłoby codziennie być o tej porze w terenie, ale to oczywiście niemożliwe. Jednak jeśli często próbujemy, to raz na jakiś czas uda się trafić na warunki, które potem długo się pamięta.

Tak było tym razem. Całkiem niepozornie się zapowiadało, ale w momencie kiedy znalazłem się na jednej z moich ulubionych miejscówek, była chyba kulminacja piękna.

Siedem dni

Dokładnie siedem dni temu, również w czwartek miał miejsce niesamowcie kolorowy zachód słońca. Wybrałem się na pobliskie wzgórze, ale na miejscówkę, z której o dziwo jak do tej pory jeszcze nie fotografowałem zachodów słońca.

Krajobraz jak to u mnie niepozorny. Zwykła polna droga, trochę drzew, pola. Cieszę się z tych widoków, które mam koło siebie. Fotografowanie epickich krajobrazów zostawię innym, Ja będę zachwycał się moim „podwórkiem” 🙂

Członki połamane

Pustkę po wyprawach rowerowych wypełniłem włóczeniem się na zachody słońca i fotografowaniem owadów. Dziś mija dwudziesty piąty dzień mojej abstynencji od dwóch kółek i o dziwo aż tak bardzo mi go nie brakuje. Sięgam jednak myślami naprzód i myślę, kiedy znów uda się wsiąść na rower.

Tymczasem dziś pokażę fotki z ubiegłej niedzieli. Cudownych dwudziestu, może trzydziestu minut, kiedy biegałem w poszukiwaniu kadrów. Chciałym zdążyć przed uciekającymi chmurami. Tak wspaniałego światła mi brakowało. Ono działa na mnie chyba jak lekarstwo na połamane członki 🙂

Wiatr we włosach

Możecie wierzyć albo i nie, ale nic tu nie było aranżowane. Fotografowałem sobie cudowny zachód słońca, kiedy z zachodu nadleciał motoparalotniarz. Zawibrował zegarek. Zerknąłem, a to wiadomość od Bartka, że mnie widzi i że to on.

Ustawienia w aparacie takie jak do fotografowania ze statywu i trzeba było je szybko zmienić. Uwierzcie, nie jest to łatwe jedną ręką i w stresie oraz presją czasu.

A już całkowicie opadła mi szczęka, kiedy tuż nad ziemią zaczął lecieć na mnie (zdjęcie drugie)! Miałem mieszane uczucia, czy fotografować, czy czym prędzej stamtąd zmykać. Bartek uniósł się w ostatniej chwili, a ja pewnie poczułbym wiatr we włosach, gdybym tylko je miał…

Słońce odpowiedzialne

Były kwitnące drzewa, potem rzepak, maki, chabry, a teraz przyszła pora na łany jęczmienia. On potrafi tak odbijać światło, jak żadne inne zboże. Zwłaszcza wieczorem. Dojrzewający, robi się złoty. A gdy jeszcze dodatkwo wieje wiatr, faluje niczym jezioro podczas sztormu.

Tego wieczoru wiatru nie było. Było za to przepiękne światło zachodzącego słońca i to ono jest odpowiedzialne za ten złoty kolor.